Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

ShenzhenSłowami klasyka - jak w tytule.

Kupujesz kartę miejską - na metro i autobus. Grzecznie jak pan bóg i partia przykazali.
No ale karta ta jest średnio wygodna w noszeniu. Bo wielkości karty kredytowej.

Z chęcią więc kupiłem za 100 rmb. jej odpowiednik w formie breloczka. zawsze pod ręką - idealmente!
Niestety po kilku tygodniach użytkowania się rozpadła i zostałem zaskoczony na odległej stacji metra, późnym wieczorem z niedziałającą kartą.

Jako preppers, oczywiście miałem ze sobą w plecaku, tuż obok apteczki, gaśnicy, pompki do roweru i racji żywnościowych nieco gotówki, ale pomyślałem, że pokażę im gdzie raki zimują!

Karta nie działa, więc bramka się nie otwiera, narobiło się nieco szumu bo zrobiła się przez to kolejka, pojawił się ochroniarz i zaprosił mnie do punktu obsługi klienta. W punkcie tym próbowano ponownie ożywić moją kartę, ale się nie udało.
Zaproponowano mi zakup nowej - odmówiłem, twierdząc, że to właśnie jest nowa karta, tylko produkt jest wadliwy i żądam wydania nowego, wolnego od wad.

Po raz pierwszy widziałem wielkie, wytrzeszczone, chińskie oczy! Po kolejnych dozach argumentacji, że to metro sprzedało mi ten bilet, wiec metro powinno się zająć tą sprawą oczy zrobiły się jeszcze większe i jakby liczba ich wzrosła, bo już wlepiały we mnie swe zdziwione patrzałki chyba ze 3 osobniki. Wytłumaczono mi, że w tej sprawie, muszę się udać do centrali na drugim końcu miasta. 
Ponownie odmówiłem, pytając: "A dlaczego nie na księżyc? Przecież tutaj jest punkt obsługi klienta!"

Po chwili w pokoju był już komitet 10 par wielkich oczu, zupełnie nie rozumiejących dlaczego ktoś nie zamierza wykonać zalecenia i poświęcić dnia na dojazd gdzieś, stanie w kolejce petentów i wypełnianie wniosków o wydanie nowej karty. Dziwadło jakieś!

Nie dość że bilet kosztował 100 rmb to na nim miałem prepay za jakieś 70 rmb... i jeszcze mam tracić dzień!?!

Wiedziałem, że nic nie wskóram, ale dla zasady postanowiłem się z nimi nieco poprzepychać, żeby może jakaś zapadka w głowie sie któremuś obluzowała. Ja wiem że podobnie jak Skynet blokował terminatorom (polecam T2 - zawierającego sceny wycięte) możliwość rozumowania, tak chińczykom edukacja systemowo uniemożliwia samodzielnego myślenia.

Było ciekawie obserwować proces jarzenia.
Na koniec przeprosili, że nie są w stanie pomóc, wzruszyli ramionami i czekali aż wyjdę.

Spytałem - "A jak mam dojechać do domu?"
Popatrzyli po sobie jakby nie rozumieli pytania.
Przypomniałem, że mój bilet nie działa.

Dyskusja rogorzała na nowo, tym razem między mundurowymi.
Po kilku chwilach ją przerwałem, sugerując, że właśnie przez awarię biletu ich firma zafundowała mi darmowy przejazd. I wskazałem na krótkofalowki.
Proszę mnie wpuścić do pociągu, a kolegom ze stacji docelowej przekazać, że pojawi się taki, którego bramką dla ochrony należy wypuścić, bo sprawa taka...

Załapali w pół słowa. I tak też uczynili. Widać wpadłem na rozwiązanie omijające system, którego poszukiwali.

Koniec końców dojechałem do domu. Przeprosiłem się ze starą, niewygodna kartą. Olałem uszkodzoną. W końcu mój czas jest wart więcej niż tych kilka groszy.
Ale mam tylko nadzieje, że podobna sytuacja przydarzy się obsłudze metra jeszcze kilka miliardów razy, aby wypracowali procedury jakości dla kart miejskich, ew procedury reklamacyjne na stacji a nie na księżycu.

Tak, tak... nigdy nie przestanę żyć w świecie idei.


Hulajnoga XiaomiPrawaka chińskiego jeszcze nie zrobiłem i jakoś szczególnie mi się nie spieszy.
Za to drogą kupna-sprzedaży nabyłem używaną hulajnogę elektryczną.

Jeździ z prędkością roweru bez przerzutek, ale w ten sposób realizuję się jako dziadujący dusigrosz, który nie chce dać zarobić chłopakom na skuterkach byle 5 juanów.
I tak też realizuję swój odewet/bojkot na lokalnym metrze, które okradło mnie na jakieś 70 zł!

Poruszanie się hulażką ma swoje zalety, takie jak nieżaleznośc I brak koniecznosci tkwienia w korkach... ale jej uzywanie na każdym kroku przypomina mi o chińskim, powszechnym zakazie używania mózgów.

I tak po obejrzeniu kadrów z życia jakie mi przelatuje przed oczami, odradzam się co chwila w sytuacjach, gdy trzeba komuś pomachać pięścią, za zajechanie drogi w sposób taki, że moja hulajnoga ląduje na czyimś samochodzie...

A to wceluję komuś w koło, albo prawie przez maskę przelecę...

Przykłady:
Jadę lewym pasem, gdyż jako hulajnoga, poruszam się najszybciej (~20km/h) I wyprzedzam osobówki przemierzające wielopasmówkę z prędkościa 5 km/h. Podczas wyprzedzania, kierowca jakiegoś białego wehikułu zadecydował że jednak zawróci.
Nie spoglądając w lustero, nie sygnalizując kierunkowskazem odbił ostro w lewo a ja wbiłem się mu w bok. Jakież jego było zdziwienie podczas rozmowy, gdy wskazałem mu na kierunkowskaz I lewe lusterko!

Podejrzewam, że to tej pory nie rozumie tego dziwaka z hulajnogą, bo przecież grzywke się lepiej przeczesuje patrząc w lusterko u góry a nie to na zewnątrz... Chłop się tak starał, ale nie sposób zrozumieć logiki tych europejczyków!

Podobna rozmowa była po przelocie przed maską.
Pani mnie strasznie przepraszała za próbę odebranai mi życia, ale przecież pada a ona się spieszy, więc nie miała czasu sie zatrzymać by ustapić pieszym i rowerom.

Może miała dziurawy dach w samochodzie... ale zdaje się, że to raczej nam powinno się spieszyć.
Nie mniej nadjeżdżając z prędkością 5 km na godzinę miała szanse się rozejrzeć, i zahamować przed pzrejsciem a nie na nim.

Wybrała jednak mnie delikatnie maską zepchnąc z trasy.

Natomiast niczym nadzwyczajnym nie jest parkowanie samochodów na przejściach dla pieszych, czy przejazdach dla rowerów i skuterów i wszelakich trójkołowców którymi jeżdżą kurierzy.

Tu się pobawię nieco w psychologa, bo zdaje się że chińczycy dzielą się na 2 kategorie ludzi:
1. Jedynacy, którym się wydaje, że im się wszystko należy. Np. kierowca ciężarówki, który taki przejazd/przejście zastawi, bo przecież jest pora lunchu a on je banana lub urządza sobie drzemkę.

2. Jedynacy trzymani pod butem, deptani przez środowisko, którzy nie mają odwagi nawet krzywo spojrzeć na takiego zawalidrogę.

Więc drudzy nie walczą, a pierwszymi, tylko przenoszą przez murki i nad słupkami wózki z dziećmi, skutery, czy z impetem na rowerach, na chwilę, wyskakują zza takiego zaparkowanego żelatswa na ulice, na której nie wiedzą, czy coś jedzie (no bo nie widać), ale gościowi niczego nie powiedzą, czym tym bardziej takie ananasy utwierdzają się przekonaniu, że wszystko jest O.K.
Aż do momentu, gdy czerwony ze wściekłości obcokrajowiec załomocze w szybę.

Dobre jest chociaż to, że Chińczycy w lot łapią o co chodzi, przyznają się do błędu i tenże natychmiast naprawiają, bo przecież 4 m dalej jest zupełnie pusty plac, lub parking. No ale wiadomo nie od dziś, że od myślenia głowa boli!

Polak w ChinachPolak w Chinachnauczanie angielskiego w Chinach

Nowa praca. Tymczasowa... dodatkowa... a jednak cholera jakoś mi tam wygodnie.

Nauczanie angielskiego, to dość powszechne zajęcie wśród bladych twarzy mieszkających w Chinach.
Stosunkowo dobrze płatne (szczególnie jeśli ma się odpowiednie papiery w tym paszport z anglojęzycznego kraju) i nie zajmujące wiele czasu.

Przez część „zagraniczniaków” uważane za coś poniżej godności, bo trzeba być „białą małpą”.
Dlaczego białą? Ciemnoskórzy raczej niechętnie są zatrudniani w szkołach i przedszkolach.


Chińczycy zdecydowanie preferuja białych o niebieskich oczkach. I ku zaskoczeniu często silny, rosyjski akcent nie przeszkadza tak bardzo w byciu „native'em”.

I tak nie brak tu takich ananasów którzy mówią: „Ij jem from Amjerika. Zje greijtejst, kantri wiz zje grejtjest prezijdjent Trramp! As ju ken hjer, Ijm zje niejtief spjekjier.. Okiej mistjer... „

A dlaczego małpą? A no dlatego:
Przykład nr 1. 
Przykład nr 2. 

No i w którymś momencie brak płynności finansowej mnie też do tego zmusił. Zatory płatnicze powodowane przez polskich klientów potrafią rozłożyc na łopatki.
Zapierałem się rencami i nogiemi, że nie, bo nie... Ale trzeba było i całkiem mi się spodobało.

Polak w Chinach

Może mam farta, bo praca w szkole prywatnej na licencji Pearson Longman, na pół etatu...
Uczę dzieciaki i klasy VIP. Grupy 4-10 osób. Kasa godna czasu, a poranki i popołudnia na tyle wolne, że można jeszcze swoje interesy ciągnąć i zbierać drobniaki na emeryturę.

A może i ten punkt w CV się kiedyś do czegoś przyda? W końcu marka rozpoznawalna na całym świecie!
No i wychodzi na to, że rodzice zakładając w latach 90tych kablówkę z angielskim MTV dobrze zainwestowali pieniądze. To dzięki MTV i ich programom takim jak Most Wanted i Beavis and Butt-Head, oraz solidnej porcji zachodniej muzyki, którą studiowałem ze słownikiem, zdałem maturę z rozszerzonego angielskiego :) 

Przez przypadek otworzyło to kolejną furtkę.
Ciekawe czy jeszcze kiedyś będę instruktorem pływania, ratownikiem... a może będę grał na basie do kotleta, lub zostanę instruktorem survival'u lub serwisantem elektroniki?

Nigdy nie mów nigdy! 

 

 

 

Rady dla tych co chcą spróbować swych sił: 
1. Przyjedź.
2. Jeśli zdecydowałeś się na pkt 1, to mam nadzieję, że rzeczywiście mówisz po angielsku w sposób nie budzący większych zastrzeżeń.
3. Część z rodziców i chińskiej kadry to dobrze wykształceni ludzie, którzy studiowali pracowali w U.K., U.S.A., Kanadzie, Australii...
4. Wszelkie widoczne tatuaże, czy dziwaczne fryzury w wielu miejscach dyskwalifikują na starcie. 
5. Umiejętność rysowania (na poziomie podstawowym) też nie zawadzi.


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed