Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan

Polak w Dongguan Firma się rozrasta. Znów zapadła decyzja o tym by zwerbować kolejne osoby do działu międzynarodowego.
Osoba, którą teraz firma wzięła na celownik, mieszka w Dongguan... więc cały dział pojechał na sobotnią wycieczkę, by zaprosić ją na lunch. Mogę zatem na mapie zaznaczyć kolejne miejsce... Może nawet kiedyś kupie taką mapę i czerwone pinezki :)

Samo spotkanie trochę przypomina mi pierwsze spotkania z firmą... a to z kolei przypomina mi film "Adwokat diabła"...

Wchodzisz do firmy, to firma aktywnie wchodzi w Twoje życie. Pracujesz z nimi, jadasz z nimi... z nimi spędzasz weekendy, razem uprawieacie sporty... wszytko razem...

Zpoczatku powodowało wrażenie "osaczenia"... hehe...
Cóż, dla mnie szok kulturowy, dla nich normalka.

To nie koniec porównań do filmów: Rama i dach knajpy przypominały mi film "Rambo"... była taka fajna scena jak Sylwusia pod prąd podpinali.
Cały dach zdaje się był wykonany bez gwoździ... wszystko wiązane drutem i sznurkiem! Sam zach wielkości boiska piłkarskiego. A gzdzie inspekcja budowlana- hłe hłe.
Szok!

Na szczęście ze względu na barierę językową nie musiałem uczestniczyć w nudnych rozmowach, więc skupiłem się na przyjemnościach...
Widoki i papu...

Na uwagę zasługują dwa dania:

Wołowina z zalążkami arbuzów... i jeżozwierz z imbirem i selerem... TAK, jeżozwierz... "to taka specjalna świnka jest" mówili ;]


Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Nadszedł ten czas.
Wybór mam ogranczony do zaledwie dwóch opcji.

Zaszyć się w dżungli na małej tropikalnej wysepce, alba po raz kolejny dać się... (...piiiip...).

Kończy mi się wiza pracownicza i trzeba by ją odnowić.
Niestety w ślad za wizą, dobiega końca termin ważności mojego paszportu.
I to też pobudza ciekawość – dlaczego paszport ma okres ważności? Odpowiedź, jest prosta - bo znów ktoś będzie mógł zarobić i narzucić nowe wymysły dot tego dokumentu... a pewnie już niedługo... implantu.

Sam paszport jako wymagany przez państwa, jest już powodem do zadumy... Bo przecież bociny czy pstrągi podczas migracji paszportami się nie posługują – dlaczego zatem homo sapiens musi?

Więc jesteśmy pod tym względem przez państwa traktowani gorzej niż zwierzęta.
Wspomnianego bociana nikt na granicy nie zawraca i nie każe kupować paszportu i wizy – no nie?

No ale dobra, da się to jeszcze jakoś wytłumaczyć... chociaż zupełnie nie rozumiem dlaczego nie wystarczy np. dowód osobisty, czy prawo jazdy. W końcu to też dokumenty!

Zrozumieć można wizy, kontrola, opłata za przebywanie na terenie pańtwa... spoko, choć też niesmaczne. W końcu jak wpada do Ciebie gość z wizytą, to nie kasujesz go za to... ale tu sytuacja powiedzmy jest odrobinę inna, więc nie ma co się czepiać.

No więc szykuje mi się wizyta w konsulacie w Kantonie (Guangzhou), wskoczyłem na ich www i dowiaduję się, że za paszport trzeba zapłacić... O.K. jest to jakiś tam produkt + usługa (pomijam już sensn istnienia paszportów, no ale cóż, tak się mafie państwowe podogadywały), a produkt ten jest niezbędny do funkcjonowania na tej planecie (co za – piiiip!!!).
Za usługę wyrobienia paszportu, powiedzmy, że jestem skłonny zapłacić, no bo i punkt sprzedaży odległy od centrali, O.K. – niech już będzie.

Jadnak nie do końca mnie to przekonuje, w końcu to nie moja wina, że nieudolne państwo nie potrafi wywalczyć ruchu bezpaszportowego, lub dlaczego paszporty i wogóle dokumenty, nie są finansowane z podatków???  Przecież to nie ja wymyśliłem, że chcę mieć paszport. Tylko to państwa w porozumieniu ze sobą wymyśliły „licencje” na podróżowanie, ba i jeszcze mają monopol na wystawianie tych dokumentów, więc ceny... no rynkowe nie są, wieć dlaczego to ja mam za to płacić?
I tu miłym byłby powrót do paszportów Nansenowskich. Nie dość, że często nie zawierają danych o obywatelstwie, to w teorii mogą być "sprzedawane" w jakimkolwiek kraju, więc samemu wybierasz gdzie i teoretyczni za ile kupujesz... można?

Ale nie w Polsce oczywiście, bo Polakom się nie chciało podpisać papierka. Zainteresowani niech pogrzebią w w temacie.

Ale to nic... okazuje się, że aby zdobyć nowy paszport (polski) trzeba pozwolić na pobranie odcisków palców i zrobić focię biometryczną.
Tu znów sytuacja była by wytłumaczalna, gdyb to państwo do którego się wybieram wymagało tego we wniosku wizowym. Ich kraj ich zasady... ale żeby to RP ode mnie tego wymagało!?!

Czyli w swej „mądrości” państwa posunęły się o krok dalej i teraz nie dość że każdego traktują jak zastaw pod pożyczki z banku światowego (populacja x średnie podatki x średnia długość życia - a to już dane z których można potem przekalkulować zyski z prowadzenia hodowli ludzi, więć można brać kredyty, yuppi – ku chwale ojczyzny i  niech problem mają przyszłe pokolenia...), jak kurę znoszącą złote jajka, którą można też oskubać, zabrać jej kurczęta, zaszlachtować i spzredać do KFC (podatki i inne opłaty), to jeszcze traktują nas wszytkich jak bandytów, bo pobierają odcski palców i strzelają nam fotki umożlwiające identyfikację za pomocą kamer na ulicach.A z danymi tymi hgw co robią... bo pewno krążą między państwami.
No to jest wybitnie niesmaczne, i właściwie co jeśli na takie traktowanie się nie godzę???

Mam zakończyć chińską przygodę? Mam wykorzystać ostatnią szansę (bo paszport jeszcze ważny) by zaszyć się w australijskim buszu, dżungli amazońskiej, czy gdziekolwiek nogi poniosą a gdzie przez długie lata raczej o paszport mnei pytać nie będzie?

Mam wrócić do Europy? Czy w ramach protestu mam koczować na terenie konsulatu RP w Kantonie?
W końcu to teren RP, gdzie zgodnie z konstytucją mam prawo przebywać... i poprosić za pośredictwem konsula o zasiłek? ;].
A może wzorem pradziadów, kupić kosę, przekuć na sztorc i pomaszerować na belweder?
Jako myśl natrętna, która wierci mi głowę od początkowych lat podstawówki powróciła chęć pozbycia się obywatelstwa, mam serdecznei dosyć tej tfu cywilizacji... Nie wiem, może za madry jestem i jak coś widzę, to widzę więcej niż inni?

Wszytkie wymienione wyżej opcje są dość kuszące... ale samemu przybijać się do krzyża, bądź skazywać się na banicję... czy to wygrana sprawa?

Maczety same do rąk się kleją, a bomby same się w głowie budują, na myśl, że państwo/państwa wmacniajace swoją władze poprzez ponadnarodowe mafie takie jak ONZ, nas tak traktują... I ręce opadają, gdy mniej rozumni zaczynają krytykować moją postawę. Nie wiem może jestem sową co widzi w ciemnościach..A oni pooki co nie rozumieją natury klatki w której żyją... ;]
Cóż lektury szkolne należy czytać ze zrozimieniem - weźmy taki "Folwark zwierzęcy"

Drażni mnie wszytko począwszy od jednostronych aktów prawnych, zamiast kontraktów, przez paszporty, prawa jazdy, indoktrynację/edykację, łapówkarstwo (budżetówka),podatki, monopol na przemoc (policja i sądy), umożliwianie policju strzelania do nas, oraz zmuszanei nas do zabijania innych (wojna), a skończywszy na sekcjach zwłok i traktowaniu z ustawy naszych trupów, jako źródła części zamiennych dla innych kurczaków, lub jako preparatów dla studentów medycyny, których zadaniem jest przedłużenie okresu w którym kurczak składa jajka. Niewiele brakuje, by jeszcze z nas robić karmę dla psów.

Jesteśmy zasobem naturalnym, dla tej państwowej narośli rakowej na narodzie.
W końcu węgla też nikt nie pyta czy chce być wykopany z ziemii i spalony w piecu...

>>>Dla tych co chcą rozumieć<<<

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Polak w Chinach

Ostatnie tygodnie to jakaś masakra...

Z pracy wyjść nie mogę, wysłałem koło 4000 maili w ciagu zaledwie 10 dni... a zaraz trzeba bedzie tych ludków obdzwonić.
No ale cóż, taki los niewolnika!
Mam parę rozgrzebanych dużych projektów, i jednen z kategorii "mission impossible" a jakoś na koncie kasy na jacht z tego tytułu nie przybywa.

Odpłynięcie z portu utrudnia też chińskie omijanie problemów... Czyli trudne pytanie należy przeczekać, aż zniknie zainteresowanie.
A trudnego projeku, nawet za zylion gilionów pierdyliardów dolarów, to lepiej nie ruszać, bo po co komu problemy?

Wolą nic nie robić niż się zmęczyć, czy zestresować... ah te różnice kulturowe...
Pojawiają się nawet w toaletach i knajpach.
Tak tutaj zużyty papier toaletowy się wyrzuca do kosza.

W knajpie europejczyka można poznać po szkle w dłoni a Chińczyka po ajfonie.

Tu ciekawym wątkiem też był kolega kolegi, pół Polak, pół Anglik... na trzeźwo po polsku ani be, ani me ani kukuryku, za to po kilku browarach i rozumiał mowę spod znaku orła białego, i nawet dość płynie się wypowiadał.

Cóż, do płynnej mowy polskiej potrzebne są odpowiednie płyny, wpisujące się w polską przecież tradycję... Wtedy odpowiednia zapadka pod czapką przeskakuje i mamy "swojaka", który bardziej się okazał myśliwym niż Polakiem, bo odstawił browar i bezpowrotnie zniknął... bynajmniej nie po to by myśleć...


I wogóle dziwna ta Europa bo zupę robi sie z warzyw... Nie do pojęcia ;)


Z innej beczki.
W lokalnych mediach było moje zdjecie z targów. Co wzbudziło zachwyt całej firmy... cóż sława! :)
Niestety zdjęcie dostepne jest pod takim linkiem, ze nijak tego z telefonu na komputra przerysować się nie da.
Chciałem się jednak pochwalić, ze byłem najwyższy na zdjęciu... bo, że najprzystojniejszy, to chyba nie muszę wspominać :)

Byłem też na weekendowej wycieczce, czytaj: 5 godzin w korkach w autokarze. Dojechaliśmy po zmroku i zamiast wbiec w kąpielówkach do wody, kazano mi usiaść przy śmierdzącym naftą grillu, bo jak jest ciemno to nie ma ratowników a plaża jest patrolowana przez ochroniarzy i jest zakaz kąpieli!
W mordę no!!!

Kolejny dzień w  OCT (taaaki tam park rozrywki).
Kolejka do absolutnie każdej atrakcji to min godzina czekania. 
Przy czym na najfajniejsze karuzele nie miałem wstępu!
Po raz pierwszy w życiu usłyszałem że mam nadwagę.

Atrakcje przwidziane dla ludków o wadze max 70kg! :(
Więc mogłem sobie tylko popatrzeć... I postrzelać z łuku. 
Czyli przepuściłem całych 20 rmb!

Hm... czy ja marudzę?

Potem jeszcze spacer po jakiejś buddyjskiej świątyni... Gdzie zrobiłem przepiękne zdjęcia, a które jak się okazało, nie zapisały się na karcie SD, bo ta jest uszkodzona więc szlag je trafił wszytkie. Za wyjątkiem 3.

Do tego tajfun... 

Zapowiadali 15-sty, najwyższy poziom zagrożenia, miał być najsilniejszy od 50 lat tajfun, i wogóle samochody miały latać nad głowami przeplatane kutrami rybackimi...
Wiatr o prędkosci ponad 130 km/h...i jeszcze miały być trzęsienia ziemii, które niby wczoraj były... (jakoś przegapiłem)

A tu takie pitu pitu...
Słychać było jakieś łamane drzewo, gdzieć coś pod blokiem się stłukło... i od czasu do czasu zawyje jakiś alarm.

Firmy, sklepy, urzędy pozamykane, nie kursują autobusy i podobno zatrzymano metro. CZyli idealna okazja, by nie iść do pracy.

Za to, nie słychać by od deszczu zawaliła się nowo wybudowana kolej jak w Gdańsku :)

Da się?


Za to są ulewne deszcze, mokre buty i chyba zaczynam źle wyglądać bo laski z biura zaczynają mnie dokarmiać i podstawiać pod nos gorącą kawę i ciasteczka.
I tu się pojawia point'a:

Szefowa z internetu wyrwała "rarytasy". Zupki chińskie z makaronem ze słodkich ziemniaków. Wszyscy zajarani... że pyszne, że palce lizać, delicje, oh ah...

Tak, zwykła zupka chińska "ugotowana" przez panią domu, to wykwintne, pożywne danie, które nikogo nie dziwi, a ich pełen koszyk postawiony na kasie, nie powoduje spojrzeń, przyklejających łatki do kobiety, jako leniwej, chcącej otruć dzieci itd...

Tak samo jak zupełnie normalnym jest to, że gospodynie domowe gotują pierogi na obiad w knajpce na parterze...
I w pocie czoła muszą to swoje kulinarne dzieło wwieźć windą do mieszkania.

Dostałem jedną na wieczór wraz z ostrzeżeniem, że cholernie ostra. (zupę - gdyby ktoś zgubił wątek)

Dla Chińczyka ostre może oznaczać mniej więcej co dla innych równie leniwych mieszkańców południa - meksykanów. 
Czyli pali na wejściu i na wyjściu.

Doszełem do wniosku, że to dobra okazja, by wieczorkiem wyluzwać i kupiłem piwko, żeby było czym przepłukać płonący od zupy ozor.
Stojąc w sklepie z zaskoczeniem stwierdzilem, że dawno nie robilem żadnych zakupow, i chyba od czerwca nie kupowalem żadnych owoców!
Więc kilka bananow powedrowalo do koszyka.

Czas wyluzowac nieco. 
Tylko jak to zrobić, gdy szefowa marszczac czoło pokazuje paluchem na tabelki sprzedaży?
A no podpowiedź dał mi szef sprzedaży krajowej...

Po ostatniej wizycie u mnie, gdzie butem wino otwierał... wpadł chłopina na pomysł i dostałem od niego jakaś karafkę..., i kryształowe kielony...
Szkoda, że nie wpadł na to by dorzucic korkociąg... :)

Zatem sygnalem nie jest wino... ale chyba odstawienie mózgu na półkę :)
...ostatnio przestaje dosztregać logikę otaczającej mnie rzeczywistości.
Brak witamin?


PS. Zupka zupełnie przeciętna, z ukierunkowaniem na "słaba". normalne z wołowiną mi bardziej smakują.




Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed