Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Stary znajomy zaprosił mnie do siebie do biura. Kiedyś też siedział w elektronice. Teraz wraz ze swoim pracownikiem robi hamulce do samochodów sportowych dla jakiegoś klienta z Włoch. I kombinuje też z jakims kowalem artystą by jego dzieła pchać w Europie.
Oczywiście przy piwku, orzeszkach i zielonej herbatce gadaliśmy o interesach. I właściwie to co usłyszałem przypomniało mi o pewnym materiale filmowym...

Kiedyś oglądałem filmik na youtube, jak działają w Shenzhen "składacze PC'tów".

Otóż, klient przychodzi do sklepiku jednego z setek znajdujących się w wielkim wieżowcu będącym giełdą elektroniki.
Przedstawia sprzedawcy kartkę na której zapisał części z jakich chce by złożyć mu komputer.

Taka a taka płyta, taki procesor, taki, ram obudowa w kwiatki, biało-czerwony wiatraczek, zasilacz, takie a takie dyski...

Jak by to wyglądało w Polsce?

Sprzedawca by nas przekonywał, że taka obudowa to się kurzy (bo nie ma takiej na stanie), że płyta główna to lepsza jest taka (wyższa cena), że trzeba więcej ramu, a ten monitor co wybrałeś - to się nie znasz i lepszy będzie zupełnie inny na który akurat jest promocja (znaczy prowizja dla handlowca).

I tak wracasz do domu, ze sprzętem innym niż wymarzony, z przekroczonym budżetem, więc zniesmaczony, tym bardziej, że nie lubisz jak ktoś Ci wmawia, że wie lepiej czego potrzebujesz. A jak się coś w kompie zacznie sypać to kogo obwinisz? Który sklep będziesz od tej pory omijać?

A jak to wygląda w Chinach?

Sprzedawca analizuje zawartość kartki i dzwoni po zaprzyjaźnionych sklepikach obok. Po 10 min zaczynają się zbiegać ludzie z kartonikami... z których po chwili wyłania się PC z Twojej kartki. Klient zadowolony, bo ma to co sobie wymarzył, sprzedawca zadowolony bo sprzedał jakąś część i usługę złożenia. Jego sąsiedzi zadowoleni bo też coś sprzedali i interes się kręci...

Jeśli coś będzie zawodzić w Twojej maszynie - kto zawiódł? Ty... Więc gdzie skierujesz swoje kroki po nowego PC'ta?

Z moich obserwacji i rozmów wynika, że taki model businessu panuje tutaj w każdej branży. Jeśli mam klienta - zarabiam. Jeśli czegoś samemu nie potrafię. Szukam partnera. A klient jeśli będzie zadowolony - wróci do mnie i do mojego partnera.

Oczywiście po pogaduszkach stały rytuał - Kolacja. Przyznać muszę że pyszniejszego i bardziej soczystego kurczaka w życiu nie jadłem! (wcześniej faworytem był kurczak na butelce made by Teściowa - polecam!)
Czyli znów darmowy posiłek... a kurczaków zamówili, tyle, że jeszcze było na wynos dla moich współlokatorów.

To też część rytuału. Jedzenia musi być tak dużo, że odchodząc od stołu, stół musi być pełen żarcia - inaczej gospodarz jest skąpy, to to dla niego największy dyshonor! Nie wiem na ile ta wiedza książkowa przekłada się na realia w świecie młodych ludzi w wielkim mieście... ale zdaje się, że to rzeczywiście jakoś tak działa.

A po drodze do domu (odprowadzili mnie) wciągnęliśmy jeszcze coś, co sprzedawane jest na każdej ulicy:


Okoliczni farmerzy co rano przyjeżdżają "żukami" pełnymi świeżych ananasów, które na miejscu obierają, nadziewają na patyki i moczą w słonej (?!?) wodzie. 2Y za sztukę - dlaczego w słonej wodzie? Ananas wtedy nie jest kwaskowaty, traci "łykowatość" a do słonej wody nie lezie robactwo.

Proste?

Dla Chinczyków tak! Masz rower - jesteś businessmanem - bo możesz coś przewieźć. Masz młotek - możesz pracować na budowie. Masz maszynę do szycia, to na chodniku szyjesz spódnice. Tutaj każdy coś robi! A chodząc po ulicach mam wrażenie, że podstawą tej gospodarki są małe przedsiębiorstwa rodzinne. Sklepiki, warzywniaki, warsztaty krawieckie, szewskie, fryzjerskie... zdaje się, że nie ma chyba czegoś takiego jak bezrobocie.
Bo nawet jeśli jedyne co potrafisz to naprawiać rowery... to wystarczy kawałek chodnika, kilka kluczy i kombinerki... a klientów Ci nie zabraknie.
Albo jeśli umiesz gotować pierogi - wystarczy garnek, i kuchenka turystyczna + jednorazowe talerzyki.

Dla nas niepojęte - straż miejska, sanepid, urząd skarbowy i unijna standaryzacja kształtu pieroga... a dajcie spokój!

I dlatego PKB mają takie jakie mają, a Europa nie ma go wcale :P
I dlatego tutaj ludzie jakoś są uśmiechnięci, choć nie każdy jeździ wypasowym SUV'em.


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed