Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Pobudka koło 7:00 - chyba już nie lubię mojej nowej komórki, za to że ma budzik. Błyskawiczny prysznic i wypadamy całą ekipą na ulicę - na śniadanie.
W biegu, na jakimś straganie kupujemy ciepłe placki - coś jakby skrzyżować ziemniaczane z pierogiem leniwym a w środku farsz z jakiejś zieleniny... W sumie dobre. Do tego po małym kartoniku mleka truskawkowego, choć dla mnie to raczej mleko cukrowe. Jakiś tam posmak truskawki w tle może był, nawet można było rozpoznać, że to mleko... ale właściwie to sam cukier. Fleee...

Godzina zatłoczonym metrem do zatłoczonego centrum. Tam łapiemy się z resztą ekipy, która ma ze sobą siaty, żarcia... Po co aż tyle? Mądrale zamiast wziąć wodę, wzięli słoneczniki, kurze łapki i słodycze, szaszłyki, orzeszki i mnóstwo szlugów.

Przesiadka do zatłoczonego autobusu i kolejna godzina stania. Co się dziwić. Chiny mają długi weekend a okoliczne góry są atrakcją odwiedzaną bardzo chętnie.

Gdy wysiedliśmy u podnóża góry, już byliśmy zmęczeni, a przed nami kilka godzin wdrapywania się na szczyt. A właściwe 3 szczyty.

Wutong jest najwyższa górą w Shenzhen (943.7m), non stop schowaną w chmurach. Nie jest to może imponująca liczba... ale jak się tam trzeba wspinać po śliskich (mokre od wilgoci chmur) schodach o kącie nachylenia - zgaduję koło 60-70 stopni, albo wspinać, po miejscami niemal pionowych skalistych zboczach. Nierzadko przeplatanych glinianymi połaciami, gdzie jedynym podparciem dla stóp i uchwytem dla dłoni są korzenie roślinek... to już komplikuje sprawę.
Bo przecież nie jesteśmy mięczakami - nie po to oderwałem 5 informatyków od kompów, żeby iść z nimi trasą dla dziewczynek... :)

I tu chłopaki się przestraszyli - byli tu jak ja, po raz pierwszy. Stwierdzili, że na taką wspinaczkę mają za mało żarcia :)
Więc nastąpiły zakupy w piekarni i warzywniaku, i zobaczyłem sprytną metodę mycia owoców.

Owoce do wora, do wora woda, wytrząchać i wylać. Owoce jednak dla mnie niejadalne, zielone, niedojrzałe, kwaśne śliwki i jakieś kulki z pestką, co w smaku przypominały poziomki... ale też cholernie kwaśne.

Gdy posmakowałem śliwkę, moja twarz sama ją wypluła, nawet nie zdążyłem o tym pomyśleć, błyskawiczny odruch obronny!


Zaczynam nabierać wrażenia, że Chińczycy mają coś nie tak z kubkami smakowymi. Wszytko musi być ekstremalne, albo słodkie, albo słone, albo kwaśne, albo tak ostre że pali podwójnie - na wejściu i na wyjściu.

Czyli wspinaczkę zaczęliśmy od owoców i szaszłyczków z baraniny, których paczkę (jak i innych przekąsek), co chwila ktoś wyciągał z plecaka i rozdawał.

W ramach zakupów "ze strachu", Tommy stwierdził, że wspinaczka bez skarpetek to słaby pomysł...

Wspinaczka i zejście, trwały równo 4 godziny. Z atrakcji turystycznych - białas, z którym za free można cyknąć fotkę (znów obcy ludzie z aparatami się zbiegali).

Po drodze było też kilka punktów widokowych, z jakimiś wieżyczkami, placami itd. Wszędzie sprzedają oczywiście wodę, świeże ogórki, ananasy melony i arbuzy, lody i uwaga - kiszoną rzepę! Podobno gasi pragnienie, ale śmierdzi tak, że nie chciałem próbować.

Widoki rewelacyjne, choć ze smutną nutką. Niczym przyjemnym nie było patrzenie na tą narośl rakową na planecie...
Patrzeć jak ta ludzka, betonowo, alsfaltowo szklana zaraza pożera zębami koparek tę piękną okolicę porośniętą palmami, bambusami, bananowcami i wszelkiego rodzaju krzaczorkami.
A apetyt tej bestii rośnie w miarę jedzenia :(

Na koniec przy schodzeniu skalistą ścianą przez dżunglę (bo jak inaczej to nazwać?) rozciąłem sobie paluch... Nie ma lepszego pomysłu niż wypad w góry w szmacianych adidaskach. No ale byli mądrzejsi. Laski w klapkach na koturnie, czy tatusiowe z córeczkami w sandałkach.
Ale te różowe córeczki - cukiereczki większość czasu spędzały tatusiom na plecach, a ci, raczej wybierali łagodniejsze trasy podejścia na górę... a na szczycie ich za wielu już nie widziałem. Tam docierała głownie młodzież, która stojąc na skale, grupowo darła się przy każdym podmuchu wiatru niosącego ku nam chmurę.

Podczas zejścia rozdzieliliśmy się na 2 grupy. Andy i ja - poszliśmy, a właściwie biegliśmy przodem, oraz ledwo człapiąca reszta, gdzieś tam człapała popalając szluga za szlugiem. Akurat nie było w tym nic dziwnego, gdyż większość podejścia też przemierzyliśmy w 2 grupach, Andy i ja... i paląca, żrąca co chwilę i gadająca reszta. Szli dla nas zbyt wolno.
Nie wiem skąd we mnie tyle energii tego dnia było, tym bardziej, że pod górę niosłem większość zapasów wody dla 6 osób. (w rękach, i w kieszeniach). A i tak wody było za mało, bo ciągle musieli zapijać te swoje słodycze. Więc spotykaliśmy się co kilka km na "dolewkę".

Po 2 godzinach dojazdu, 4 godzinach skakania jak kozica po skałach i kolejnych 2 godzinach stania w autobusie i metrze, miałem wrażenie, że padnę, nie wstanę a kolejnego dnia nie dojdę nawet pod prysznic. W końcu kondycji zero, przygotowania zero, sportów zero.

I właśnie jest kolejny dzień. Nic mnie nie boli!! ;)

Wspomnę jeszcze, że wczoraj był dyżur w kuchni Kenny'ego i (naszej nowej współlokatorki) Summer. Więc zaserwowali nam kolacyjkę.

Szczyty zaliczone! Chyba powinienem tak więcej czasu spędzać! ...ooo taaaaak :)


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed