Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

     

Sobota:

Przeżuwając śniadanie chłopaki rzucili plan:
- Kino, o 22:30 idziesz z nami?
- O.K. ale na co? I czy po angielsku?
- Nie, film chiński, ale z angielskimi napisami...
- W sumie, czemu nie?

I tak wszyscy się rozbiegli w swoje strony, ja zabrałem się za odkładane od dawna pranie, drobne zakupy... bo obiecałem chłopakom na kolacje naleśniki...

Sprawa nie byłą prosta, bo patelnia którą kupiłem do smażenia kotletów działa na palniku gazowym, ale już na kuchence elektrycznej nie (wtf???)
Zatem próbowałem, kombinowałem podkładałem monety pod patelnię... i oprócz smrodu, nic z tego nie wynikało...

Próbowałem naleśniki zrobić w wok'u, ale środek się palił a ciasto z boków spływało na dół, próbowałem też w garnku, ale ten był z za cienkiej blachy i też się wszytko przypalało. Cóż zbiegłem na dół i zainwestowałem 35Y w patelnię, ale ta też była do "d" bo ciągle w jednym miejscu naleśniki przywierały...

Ale jakoś się udało.

O ustalonej godzinie zbiegło się stado wygłodniałych Chińczyków, ale przed kolacją, polecieli gdzieś po dziewczyny (jakaś absolutna nowość), po czy, zjedliśmy (laski nie chciały) i ciągnięty był wątek kina... że idziemy, tylko dziewczyny odstawią do domów... i że potem po mnie wpadną...

Ciekawa randka, przyprowadzić kogoś do domu, żeby pokazać co jemy i odstawić na autobus, bo faceci idą do kina. Nieźle! :)

Potem okazało się, że seans jest nie na 22:30 tylko na 22:00. Sms'ami trzymałem adres, i serię ponagleń, ale zanim samemu dotarłem do kina była już 23:23 (dzięki temu łatwo było tę godzinę zapamiętać). Dałem sobie spokój, wróciłem, pozmywałem...

 

Niedziela.

Plan na dzisiaj: "Koleżanka" Kenny'ego (bo przecież spotyka się z nią, bo podoba mu się jej współlokatorka), ugotuje nam kolację - cholera naleśniki też im nie smakowały?
Dodatkowo ustawiłem się ze znajomą.
Summer, jak się okazuje mieszka 2 ulice dalej, a jakoś od miesiąca nie mogliśmy się spyknąć, na ustawione długo wcześniej przekazanie próbek kosmetyków. Ale jeśli ktoś ma gotować... to po co się szlajać po mieście?

Szybka ustawka, odebrałem ja ze skrzyżowania, marsz do domu, a tu na stole rozstawiony laps z filmem który mnie wczoraj ominął. W sumie do przybycia Justine mamy 2 godziny... no dobra... soczek, winogronka, chipsy i film.

Zastrzelcie mnie! Chiński film o Mongolii, jakichś pasterzach i wilkach... a wszystko jakby miało miejsce 100 lat temu. Zdaje się, że tylko ja nie byłem wlepiony całą twarzą w ekran... a mówiąc szczerze tekstów po angielsku nawet mi się nie chciało czytać. Ratunku!!!
I dlaczego z takim zaciekawieniem oglądają film, który widzieli wczoraj?

Sytuację uratował tel. Justine czeka koło "targu".
- TAAAARGU? Mogę też? - Taaak mi się wyrwało... bo zapomniałem, że w sumie mam gościa, wcinającego obok Pingels'y Uwaga! - ogórkowe...

I tak we trójkę pomaszerowaliśmy do miejsca, które dziwnym trafem poznaję dopiero teraz, a nie na początku mojej wizyty tutaj.

Warzywa, ryby, drób... Większość tak świeża, że jeszcze żywa, ew na miejscu zarzynana, i patroszona. No świeższego kurczaka, kaczki, ryby, żółwia, kraba, ślimaków czy homara, to chyba nie można sobie wyobrazić.

Ku mojemu zaskoczeniu sprzedawcy mają fajny patent... Na życzenie klienta, obierają i kroją wybrane wcześniej warzywa... Fajnie tak kupić 2kg obranych już ziemniaków, no nie? :) 

Albo zabitego, wypatroszonego i oskrobanego z łusek wielkiego karasia, który jeszcze chwilę temu pływał w akwarium? 

I tak dziewczyny i Kenny zajęli się zakupami, a ja zdjęciami i noszeniem siat.

Przy okazji namierzyłem miejsce gdzie można kupić niemożliwa do kupienia nigdzie indziej fasolę!

Zaskoczyło mnie, też to, jak szybko, te dwie nie znające się przed chwilą Chinki dogadały się, co, ile, za ile i gdzie kupić... i co razem zaraz ugotują.

Zdaje się, że tutaj wszytko jest traktowane jako sport drużynowy. Wspólne gotowanie, było zupełnie naturalne, nikt do niczego nikogo nie przekonywał, nie prosił.
Weszły do kuchni i po chwili z niej wyskoczyły z miskami żarcia, a na stole pojawiła się kilkudaniowa kolacja dla 6 osób.

Po rechotaniu co chwilę dochodzącym z kuchni, można sądzić, że świetnie się przy tym bawiły. A chłopaki...? No cóż.. grali w karty, a ja nie wiedziałem co ze sobą zrobić... takie piąte koło u wozu :)

W menu:
Rosół, którego żaden Europejczyk by nie tknął... rozgotowany kurak z łapami, i wnętrznościami o które się bili pałeczkami.

Karaś z jakimś zielskiem - przepyszny!

Smażona sałata! - rewelacja! Choć smażenie sałaty nie wydawało mi się dobrym pomysłem.

Smażony szpinak wodny - cokolwiek to jest. W każdym razie bardzo pikantny.

Kurczak w Coca Coli! - czyli skrzydełka kurczaka bez przypraw podsmażone w głębokim tłuszczu i zalane później sporą ilością Coli... woda odparowuje a na skrzydełkach zostaje słodki karmel.  
Palce lizać... Choć ja bym odpuścił skrzydełka i zrobił to z udkami - mniej dziubania a więcej jedzenia.

Fasolka szparagowa podsmażana na ostro.

A do wszystkiego oczywiście ryż.

Prawie jak wigilia! Karaś wielkości karpia był, 600 dań było, prezenty były...

Po kolacji oczywiście była obowiązkowa sesja Iphone'ami z białasem... Także pół Shenzhen chyba już mnie zna z jakichś portali społecznościowych. 

PS. Jednak chyba z moim gotowaniem nie jest tak źle, rezydenci zażyczyli sobie bym za parę dni zrobił powtórkę ze spaghetti... na którą wpadną dziewczyny...

Jeśli dzisiaj, ktoś by mnie zapytał o moje spostrzeżenia dot Chin... Jak bym scharakteryzował to co tutaj dostrzegam?

Współpraca na każdym poziomie,  kultura żarcia (to rytuał zabierający większość czasu) i spotkania z ludźmi zamiast gapienia się w komputery i telewizory.

Zakupy, gotowanie czy konsumpcja, są typowym sposobem spędzania czasu z innymi homo sapiens. Niekończący się rytuał, w końcu nawet jeśli już nie jesteś głodny, to za chwilę będziesz, a żeby coś ugotować, trzeba coś kupić...

Świeżego oczywiście

Jakim sposobem, przy takim trybie życia większość Chińczyków jest tak szczupła?


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed