Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Co się odwlecze, to nie uciecze, lecz odwlekać w nieskończoność nie można...

I tak musiałem w końcu podskoczyć do Guangzhou, na obiecane piwko z ludzikami, z którymi w pewnym sensie związane jest moje życie zawodowe - czyli z handlowcami po drugiej stronie internetu. A więc wizyta u dostawcy. Jako, że z Shenzhen to 2 godziny pociągiem + godzina metrem, a gorąco... postanowiłem zamówić hotel na nockę gdzieś w okolicy fabryki (pomyślałem, tanio, i na taxi za dużo nie wydam). Kev mi zasugerował Holiday Inn... bo obok... a nocka zaczyna się od 600 RMB. Na głowę nie upadłem, przeszperałem hotele online - jest promocja - blisko, tanio, biorę!

A wiec metro przez godzinę wybujało mnie na stojąco, bo oczywiście nie ma miejsca. Potem przesiadka na pociąg 80 RMB 2 klasa i 2 godzinki jazdy.
Wysiadłem na znanym już mi dworcu w Guangzhou, jednak tym razem pojęcia nie miałem gdzie iść. Komórka z mapami po chińsku akurat mi się rozładowała. (robiąc zdjęcia akumulator wystarcza na 30 min).

Oczy me uradował widok KFC - yeah! darmowy net i przetrącę jakiegoś pikantnego kuraka - gorąco więc pepsi też nie zawadzi.
Przed ladą stanąłem jak wryty. Z oferty KFC znałem tylko pepsi - reszta jakbym pierwszy raz na oczy widział. Wysuszonej podstarzałej ekspedientce, chyba dorabiającej do emerytury pokazałem na obrazku jakiś zestaw, zapłaciłem odebrałem, usiadłem i nie mogę skumać co ja mam przed sobą i dlaczego kanapka jest niewiele większa od piłeczki pingpongowej...
Kurczak był paskudny, niedoprawiony, a zamiast panierki jakieś niedorobione ciasto naleśnikowe, którego smaku nie mogłem zabić wodnistą pepsi!
Na szczęście frytek nie spieprzyli! Za to netu brak, wiec laps w plecaku jako mapa nie zadział. Ale miałem szansę podładować od niego komórkę. Nadal nie zmienia to faktu, że mapy są po chińsku.

Zatem nie pozostało mi nic innego, jak wręczyć taksówkarzowi karteczkę z adresem hotelu.

I tak późnym popołudniem wylądowałem, w miejscu którego lokalny taksiarz nie mógł znaleźć.
Ciasne lobby, logo hotelu poklejone pianką montażową. No super - "Promocja". Cholerny świat!
Zameldowałem się, wjechałem na 7 piętro i zaskok.

Podwójne łóżko na parkę o wzroście max 160 cm, wykonane chyba z betonu żeby nie popsuli), obdrapane ściany, więc apartament dla nowożeńców to to bynajmniej nie był.
A najbardziej wyeksponowanym wyposażeniem pokoju było pudełko prezerwatyw :)
Chyba pomyliłem hotele :) I ja się pytam, gdzie jest ten pokój ze zdjęcia w necie?

Cóż, mam hotel 6x tańszy niż Holiday Inn 500 RMB piechotą nie chodzi, z drugiej strony, tak niewiele drożej mogłem spać w czymś normalnym, w końcu raz się  żyje, z trzeciej strony, taki "wypasowy" hotel, to też "przygoda", a i tak jestem tu tylko na jedną nockę - przeżyję!
...z czwartej - hamak w dżungli byłby lepszy - ale nie wziąłem hamaka! Psia kość...

Za to mam widok na stadion olimpijski na którym nigdy nie było olimpiady i plac, gdzie burzona jest stara dzielnica.
Tu pojawia się niespodzianka - pierwszy raz widzę w Chinach kościół... taki z krzyżami na wieżyczce!

Widok z okna przekonał mnie, ze lepiej nigdzie nie wychodzić. Tv, prysznic, brak kolacji, i spać.   Bzzz... lampka pstryk, klapek w komara, dobranoc, pstryk.

Budzik, prysznic, fuck, jak późno... laps do plecaka, gdzie ładowaraaaaa? Komóra klucze, trzask, tup tup... stop!
Tup tup, klucze, skrzyyyp, chińskie prezerwatywy, do plecaka myk (pamiątka z podróży) skrzyyyyp, trzask, klusze, winda...

Wymeldowany, taxi...

Wracając do wizyty:
Mówiłem im, że to wizyta prywatna, że wakacje... ale na nic to wszytko... trzeba było wpaść, przejść przez ochronę, procedury, plakietki, pieczątki, podpisy... fontanna i baseny przed głównym wejściem, wielkie lobby, ogromne logo... wszytko jak w luksusowym hotelu...

Błyszczące windy, czerwone dywany, marmury, lśniące biura i laptopy z górnej półki... W środku wielki open space działu handlowego, kilka osób, które znam z codziennego ścierania się o terminy dostaw, faktury, płatności, listy przewozowe i inne mniej lub bardziej ważne sprawy. No tak, ale mieliśmy iść na piwo i pogadać o pierdołach, a nie zwiedzać ich siedzibę - zupełnie jakby w Guangzhou nie było nic ciekawszego do roboty... Zajęliśmy się więc na prędce wyczyszczeniem kilku spraw finansowych wiszących w powietrzu od jakiegoś czasu (gdyż na migi mailem czasami trudno sobie coś wytłumaczyć).
I tak zeszła nam godzinka z kalkulatorami i lapsami przed oczami...

Aż tu nagle jak z pod ziemi, pojawiła się nade mną postać z zaciążonym brzuchem... heheh - 8 lat się nie widzieliśmy a od 7 byłem przekonany, że jej nie ma w tej firmie... Beryl - bo o niej mowa, niegdyś pani handlowiec, dzisiaj szefowa działu Sama nic się nie zmieniła, ale mi nawrzucała że jakiś wychudzony jestem...

Oczywiście olałem na dłuższą chwilę chłopaków i ich pozłacane kalkulatory, żeby pogadać z kimś ważniejszym w firmie... z kim w przeciwieństwie do nich, właściwie mam o czym gadać :)

I tak po chwili szefowa wydala chłopakom polecenie, by pokazać mi najnowszą prezentację firmy - czyli pochwalić się słupkami - jeeeeeju, już się nie mogę doczekać tego marketingowego bullshitingu, zieeeeeew...  :(
Rozkaz nr 2 szeryf działu zabiera mnie na wycieczkę do centrum. Niestety sama szefowa została, bo brzuch przeszkadza. Szkoda.

Zjazd windą 2 piętra niżej, przemarsz przez salę kinową! No tak... mają 3000 pracowników... i czasami im robią szkolenia, czyli pranie mózgu... w tym celu mają w firmie w pełni wyposażoną salę kinową (ciekawe w jakiej cenie sprzedają popcorn?)...
...i z rozpędu do salki konferencyjnej. Pół godziny zachwalania maszyn, technologii, pokazywania dyplomów i pucharów, ileż to zyliardów gilionów pierdyliardów dolarów zarobili... Niestety tu pojawiło się kilka tematów potencjalnie niebezpiecznych dla firmy w której pracuję... ale gdyby pomyśleć, mogą być szansą! Temat na jesień. Wpadną z wizytą do Europy.
- Nooo to chłopaki... co z tym browarem?

Winda, do bunkra, w nim parking, mazda, brama, droga, miasto => Lunch i browar - no w końcu!
Kevin i Soff mieli mnie zaskoczyć chińskim żarciem typowym dla regionu, a zamówili żeberka i pierogi... Wysłać faceta do knajpy! Szkoda, że Hamburgerów i frytek nie zamówili...
Honor uratowali tymi słodkimi kostkami z czegoś, i czekoladowymi babeczkami, które nie wiedzieć czemu mi smakowały (przecież nie lubię!) i browarem. Kolejny chiński browar na ścianę sław: 

Kev coś tam przebąkiwał o bilardzie, że piętro wyżej, ale Szeryf go odwiózł do roboty, mądrala sam jednak wziął od szefowej przydział RMB... mazda, droga, centrum => Canton Tower.

Windą  na 107 piętro - choć było coś wyżej, ale koszt wjazdu windą w okolicach 500RMB za osobę, stwierdziłem, że bez sensu... że szkoda kasy...

Tu doszedłem do wniosku, że na takie "wycieczki" z klientem, lepiej wysyłać nie jedną ale więcej osób, i zdecydowanie lepiej babkę... Bo facet z facetem... Chińczyk z Polakiem... O piłce nie pogadamy... o furach też nie bardzo, obaj żonaci wiec o dupach nie wypada... Pracą rzygamy... to co, o pogodzie!?! A babka, jak radio, nie ważne o czym ale brzęczy :)

Fotki panoramy cyknięte, Guangzhou pod stopami też (pod stopami szyba, a pod nią ~500m do gleby).
zaliczyliśmy sztywne gadki i właściwie miałem już ochotę jechać do domu (bo samemu spacerować, może i mniej sztywno, ale z laptopem i ciuchami w plecku?)
Więc zjechaliśmy tą windą 107 pięter w dół, parking, mazda, droga => dworzec.
Dzięki, pa, see'ya, trzask, Guangzou, pociąg, Shenzhen, metro, klucze, spać...

Hrrrr... hrrrr.... 

Gdy się obudziłem kolejnego ranka, żałowałem, że nie pospacerowałem po tym mieście... Ale coś mi stare kości mówią, że tam jeszcze wrócę.

 


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed