Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Głupia sprawa, ale nie wziąłem ze sobą ładowarki do akumulatorków, a te chyba przechodząc wielokrotnie przez kontrolę X-ray na stacji metra chyba dostały w D, bo same się rozładowały? Więc nie bardzo mam jak robić zdjęcia...

Aparat stał się zbędnym balastem a komórka - cóż... nie jest idealna.

I tak piątkowy wieczór spędziłem na dachu jednego z wieżowców w "lepciejshej" dzielnicy TaoYouanYu... "Znajomy" - kupił sobie tam 2 poziomowe mieszkanie na ostatnim piętrze... z dostępem do dachu i własnym ogródkiem z warzywami... I zaprosił ~10 osób na parapetówę, czyli grill na dachu.

Ustawiliśmy się w biurze, skąd Porsche Cayenne, zawiozło mnie na osiedle ze szlabanami, ochroniarzami w białych koszulach i krawatach, obsadzone palmami i bananowcami...

Gdy spóźnieni o godzinę dotarliśmy na dach, tam już na 2 grillach leżała jagnięcina, parówki, ośmiornice i kalmary oraz jakaś "trawa" i papryczki... Specjalnie dla mnie chłodziły się browarki, gdyż inny raczą się niemieckim białym winem, którym się podniecają jakby to był mercedes w płynie... :)

Wieczór minął szybko... 

Kolejnego dnia miałem jednak spalić nieco kalorii...

W planie była wspinaczka na jedną z okolicznych gór, wokół której rozrasta się Shenzhen... Wdrapywanie się na górę zajęło dobrych kilka godzin, a widoki... no całkiem niezłe... ilość wieżowców daje do myślenia...

Schodząc z góry mijaliśmy długie ogrodzenie, które od góry było ozdobione mniej "sympatycznym" wzorem niż widoczny na zdjęciu... zrobionym z drutu kolczastego i tabliczek informującym iż wchodzenie za ogrodzenie jest surowo karane i że terenu pilnują psy i kamery.

A w dolince za płotem skąpane w zieleni wille bogatych białasów. Których faktycznie w okolicy było na pęczki... więc normalnym były stada białych, bladych 60 latków w getrach biegających po okolicy...

Po tym spacerze, oczywiście restauracja... mnóstwo żarcia w towarzystwie setek głośnych Chińczyków... A gdy zapadł zmrok wyskoczyliśmy do Sea World.

Jest to miejsce, które jakiś czas temu było wybrzeżem, obecnie zasypane piachem, zalane betonem i zabudowane dziesiątkami drogich zachodnich restauracji, deptakiem, placami zabaw dla dzieci... Na środku znajduje się wielki statek, przypominający o historii tego miejsca - oczywiście przerobiony na restauracje i pub'y...oraz wielka fontanna wieczorami podświetlana i sterowana w rytm muzyki... Niestety właśnie zepsuta :(

Drogo, głośno, tłok... i dużo podstarzałych białasów, oraz wyglądających na przybyszów ze Skandynawii panienek o wzroście zdaje się przekraczającym 2m... Może i to miejsce jest fajne na kawę... ale jakoś mi do gustu nie przypadło. Zdecydowanie wolę góry...


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed