Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w ChinachPolak w ChinachPolak w ChinachPolak w ChinachPolak w ChinachPolak w ChinachPolak w ChinachPolak w Chinach Polak w Chinach Jakoś tak się złożyło, że miałem 2 dni wolnego. Pogoda rewelacyjna, więc wrzuciłem do plecaka wodę mineralną, scyzoryk i kanapki kupione w 7eleven...  

Postanowiłem połazić po górkach, ale tym razem odbijając nieco z udeptanych szlaków.
Po kilkuset metrach, dostałem strzał w nozdrza, jakby mnie ktoś borowikami zasypał. W życiu tak intensywnego zapachu grzybów nie czułem. 

Ślepia wytrzeszczałem, zaglądałem pod każdy krzaczek, rozgarniałem liście i nic... a zapach coraz mocniejszy.
Aż znalazłem!

Nie wiem czy jadalne, czy jadowite. Pachniały i wyglądały zacnie.
Po tej drobnej przygodzie postanowiłem się nieco mocniej porozglądać po krzaczorach i zobaczyć co można by tutaj sobie przekąsić, gdyby trzeba było wrócić na łono matki natury, która akurat tutaj postanowiła się bronić cierniowym orężem.

Grzyby są, węży nie brakuje. Liczi - znalezione, drzewo mango namierzone, choć to co leżało na ziemi swoją świeżość miało już za sobą...

Te różowe "dzwonki" uznawane są za jakiś mega leczniczy przysmak, potrafią być cholernie drogie, dodaje się je do koktajli owocowych - pojęcia nie mam jak to się nazywa, ale smakuje jak jabłko ze styropianem. Raczej fanem nie jestem.

Ciemna jagódka - nie mam pojęcia co to, ale raczej potraktowałbym z rezerwą.

Kawałek dalej ocean i mnóstwo ślimaków i krabów. Ale nie chciało mi się tam schodzić...
W końcu miałem kanapki.

Wiem jedno - nie ma obaw. Z głodu to się tutaj raczej nie zginie. Czyli podobnie jak Malezji i na Filipinach.


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed