Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Sony Z3

Nowe sprawności zdobyte...

Ciekawe rzeczy dzieją się w Chinlandii...
Człowoiek wysiada z taksówki, z telefonem sprawnym w 100%, a 50 metrów dalej w domu, bez przygód po drodze... bez upadków, uderzeń, bijatyk... wyciąga telefon z kieszeni z ekranem pękniętym na pół. No ale jaaaak?

Jak śpiewał Czesław – dziwny jest ten świat. Na domiar złego, zdaje się tego samego dnia mój wypchany kartami kredytowymi wizytownik służący jako otwieracz do butelek, został gdzieś „posiany” podczas wysiadywania w parku z bratem. Oby ktoś nie zebrał plonów.

No ale cóż. Karty zblokowane, czekam na nowe... ale co z telefonem?
Życie bez telefonu w świecie spisku bankowo komórkowego... gdzie płacisz nie gotówką a kodem paskowym na ekranie telefonu, lub skanując czyjś kod. Gdzie żaden przelew z banku bez autoryzacji przez telefon nie wyjdzie... gdzie nie zalogujesz się do portalu zakupowego... gdzie bez telefonu i internetu nie istniejesz...

Potrzebne szybkie rozwiązanie!
Przeszedłem całą dzielnicę elektroniki (a jest tego parę hektarów)... sklepy, serwisy... i mnie dobijali na każdym kroku:
„Panie Iphone, to Ci naprawię na miejscu, ale SONY , Z3??? A co to kurde jest? Kto używa SONY i to jeszcze takiego starocia?”
Nie ma części, nie ma doświadczenia i wreszcie woli pomocy... bo po co sobie takim klientem szanowne 4 litery zawracać?

Odesłany z kwitkiem, stwierdziłem po raz kolejny w życiu, że nie święci garnki lepią.
Skoro każdy Chińczyk musi w życiu zrobić dwie rzeczy: Jeansy i magnetofon. To dlaczego niby ja miałbym samemu nie naprawić sobie telefonu??? W końcu walkman'y, gitary, wzmacniacze i komputery naprawialem! (A zdarzało mi się nawet grzebać w motorynkach i samochodach!)
To co, że zawsze zostawała mi na ręku kupa zbędnych części, które nie wiedzieć czemu producent tam powkładał... wszystko potem działało!

Wziąłem scyzoryk, rozgrzebałem mojego smartphone'a. Jakoś poszło bez uszkodzeń.
Przeszperałem net, kupiłem nowy wyświetlacz... po kilku dniach kurier przyniósł.
Pobawiłem się z 10 min i telefon śmiga, a bynajmniej wygląda jak nowy... Damn I'm smart!

No prawie, bo coś skaszaniłem w okolicach głośnika, bo przy głośniejszych dźwiękach słychać że coś wpada w rezonans / wibrację... Ale kurcze działa!
Wydałem psi grosz, nabyłem nową sprawność. W domowym zaciszu, bez wiedzy, lat doświadczenia i zaplecza narzędziowego dokonałem czegoś, czego nie chiały się podjąc profesjonalne serwisy! Yuppi!

Hehe – zdaje się, że śmiało mogę zacząć pracę jako serwisant tel. komórkowych.
Ciekawe czego jeszcze się tutaj nauczę? Szycie jeansów brzmi kusząco.

Może cierpliwości?

Nieeeeee!!! Przestałbym być sobą!


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed