Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo)Polacy w Malezji (Borneo) Polacy w Malezji (Borneo)No i powróciliśmy z Malezji...

Sam kraj jakoś szczególnie do gustu mi nie przypadł (widziałem zaledwie jego kawalątek, więc za wsześne na ostateczne opinie), za to przygód nie brakowało.

Wyruszyć z lotniska w Shenzhen mieliśmy w składzie: Dong, Dong, Brenda, jej brat, którego imienia nie jestem w stanie zapamiętać (ale za to łatwo utkwiło w głowie to, że jest instruktorem Kung-Fu), dalej Jacek i ja.
I już w chwilę po przybyciu Jacka usłyszałem wiadomość. Dong Dong zapomniała paszportu, wraca do Kantonu, nie wiadomo czy zdąży na samolot...

Trzymająć kciuki, dokończyłem pakowanie plecaka, zgarnąłem z półki przygotowane pieniądze, złapałem śmieci i zarzuciwszy tobół na plecy zamknąłem mieszkanie.
Szybkie zakupy koło stacji metra (lokalne przekąski i papierosy) i w chwilę później siedzieliśmy w autobusie zmerzającym do leżacego nieopodal lotniska.

Czas na odprawę, jest Brenda z bratem... uff jest i Dong Dong. Jesteśmy w komplecie.
Za to w mojej kieszeni brakuje kompletu ale pieniędzy.
Nie ma i koniec!
Zgubiłem, jestem - jak to mawia klasyk - "pusty w ryj".
No i humor mi się popsuł znacząco, bo i sama strata nie fajna, ale i w sposób kolosalny zwiększa to koszty zabawy. No bo kasę trzeba mieć, więc trzeba pożyczyć.
Trzeba przełknąć tę gożką pigułkę...
No ale jak mogłem zgubić kasę?

To nie był koniec "przygód".
Podczas chaotycznego zamawiania biletów, dziewczyny zrobiły literówkę w nazwisku naszego Pana Kung-Fu i wpuszczenie jegomościa na terminal stanęło pod znakiem zapytania.
Po dłuższej chwili niepewności, którą z Jackeim spędziliśmy przy małym piwku... zobaczyliśmy uśmiechnięte facjaty naszych chińskich towarzyszy. Lecimy wszyscy!
Lot trwał około 3 godzin, linie niskobudżetowe, więc zero papu, zero piciu i ciasnawo - a może to tylko moje wrażenie?

Wreszcie wylądowaliśmy w Kota Kinabalu, leżącym w należącej do Malezji części Borneo.
Stojąc w kolejce, do celników, zaniepokoił mnie napis na słupie, nakazujący odwiedzającym by dawali zeskanować swoje odciski palców.
Zagotowałem się!

To szlag mnie trafia, gdy Polska wprowadza jakieś NWO, i zaczyna stosować sposoby identyfikacji swojego pogłowia obywateli na poziomie równie podłym jak w Auschwitz (paszporty z danymi biometrycznymi), a tu wpadająć w "gościnę" na dzień dobry muszę dać się "zgwałcić" oprychom w mundurkach?
Żebym wiedział, że tak będzie, to w życiu bym do Malezji nie przyleciał!
Podszedłem do okienka, udawałem że nie rozumiem procedury, ale jak Pani celnik/pogranicznik czy jakkolwiek zwać tę profesję, po raz trzeci wbiła we mnie wzrok bazyliszka wskazując na skaner... powidziałem: Dziękuję za złozenei tej propozycji, ale co jeśli nie podoba mi sie ten pomysł?
Wezwała wsparcie... Więc grzecznie wytłumaczyłem pogląd na ten temat z mojego punktu widzenia.
Chłop stwierdził, że trzeba bo procedura...
A ja dalej swoje... Wezwał większe gabarytowo i bardziej łyse wsparcie... Po 3 słowach, łysy się uśmiechnął powiedział wieloznaczne "yyy..." i zaprowadził mnie do chudego wąsatego, gdzie zasiadając na fotelach wymeiniliśmy się spostrzeżeniami... ten, że trzeba, ale nie wie dlaczego. Taka procedura, bo to ich kraj i koniec, ale przecież wszyscy dają i nikt nie ma z tym problemu. I o co mi chodzi?
Ja na to, że miliony much jedzą kupę, ale to nie powód by je naśladować, i czy to rzeczywiscie jest wymóg, czy tylko dla chcących? A chodzi o zasady.
I czy jest możliwość by pomimo wszystko bez tej „wspaniałej ceremonii powitalnej” zostać przepuszczonym dalej?
Wąs się poruszył na fotelu i zaczął wymyślać, że to niczym nie grozi...
Ja na to rzucałem pytania ciężkiego kalibru:
- A kto administruje bazą?
- A czy i kiedy dane zostaną usunięte?
- A jaką mam pewność, że z tej bazy potem nie korzysta interpol?
- A jaką mam gwarancję, że nie zostanie to przekazane/sprzedane CIA, FBI...
- A jaką mam gwarancję, że dane te nie zostaną wykradzione przez hakerów?
Oczka zrobiły mu się maleńkie, i wogólę jakoś tak chłpaczyna zapadł się w fotelu.
Pod nosem, ściszonym, niepewnym głosem wypowiedział tylko dwa zdania.
Że on jest pewien, że nic takiego się nie stanie bo on tutaj pracuje i wie.
A swóją mowę zakończył "No trzeba, bo procedura."
Taaa... Nie przekonał mnie Pan tym arumentem. W Auschwitz też mieli procedury... i wogóle to słaby pomysł by każego gościa w na wstępie traktowac jak przestępcę, wcale to nie jest miłe powitanie... a do identyfikacji jest paszport, który też w sumie jest głupim wymysłem.

Dobiłem gościa pytaniem - czy mogę spać na tym fotelu, bo w takim raze rezygnuję z wycieczki a samolot powrotny mam we wtorek... (Niedawno oglądałem ponownie film „Terminal” i jaoś tak mi się wymsknęło...)
Zapadła cisza. W końcu wstałem, podszedłem do łysego i powiedziałem: "No dobra - znajomi czekają."
Dałem te odciski, mając w głowie rozkminkę, jak potem w sposób inwazyjny zmienić sobie linie papilarne... może kwasem? A może to nie siebie powinienem zmieniać, tylko czas by wreszcie ktoś zastosował się do rzucanych na wiatr słów => Tetragrammaton - Środek Ostateczny.

Humor tego dnia miałem wybitnie już słaby.
I gdy dotarliśmy do hostelu, wyposażonego w szafy do spania o standardzie kurnika, znów w mej czaszce pojawił się wzbogacony obrazkami wykład "Historia Twojego zniewolenia" (Stephan Molyneux), i naturalnie w ślad za tym znów przypomniały mi się książki Orwell'a.

Przyznać jednak trzeba, że pomysł na hostel ktoś miał udany, wręcz polecam, ciekawe doświaczenie, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.
I tak przechodząc pod jakąś belką rozciąłęm sobie skalp.
A o poranku rozwaliłem sobie plecy o metalową szynę służącą do przesuwania drzwi.
Dnia tego zmuszałem się by zapomnieć o przeszłości i poprostu cieszyć się okolicznościami przyrody, jedzeniem i rozglądaliśmy się za nieznanymi gatunkami piwka... A co? :)

Szefem wycieczki był Jacek. W planie były wyspy, wylegiwanie się na plażach, wyciczka przez dżunglę do wodospadu, oglądanie orangutanow i długonosonów, pływanie...
A więc dnia następnego, mieliśmy na prom na wyspę "jakąś".

Przedtem jednak należało zakupić przekąśki. W centrum handlowym dopadłą nas globalizacja... Św. Mikołaj, choinki, bałwany, Kinder-czekolady, coca-cola i heineken...
Jakież to cholernie azjatyckie! Tu wtrące, że przepytałem chińczyków - jeszcze 20 lat temu nie obchodzono tujaj bożego narodzenia, a Mikołaj i choinka... to tylko w telewizji.
Czyli zupełnei jak w Polsce Helloween - cóż We're all living in America.
Piętro niżej, degustacja kawy z różnych zakątków świata parzona metodą japońską...

Weźcie mnie już na tę wyspę! Mam jużdosyć tych absurdów!!!
Po zakupie biletów museliśmy jednak poczekać aż chłopaki zakończą grę w warcaby.

Dalej, maska, fajka i do wody podglądać kolorowe rybki.
Hmmm. Jeśli ktoś wraz z nimi lubi oglądać kapsle, podpaski, worki, klapki, wiadra i patyczki od lodów, to ta wyspa obfituje w tego typu atrakcje. I jak tu nie kochać populacji homo ledwo sapiens?
Dodatkowo szybko z tej formy spędzania czasu zrezygnowałem, gdyż nijak nie mogłem dopasować maski do twarzy i co chwila słona woda zalewała mi oczy.
Taki mam urok. Dobrać okulary słoneczne to też dla mnie jest wyzwanie...

Późnym popołudniem trzeba było się z wyspy zawinąć, więc musiałem bez sukcesu zakończyć moje polowanie (z aparatem) na warana, czy jakiegoś tam jaszczura, ktróry co chwila wyłaniał się z krzaczorów i obwąchiwał naszą siatkę z przekąskami. Żadnego ciekawego zdjęcie z nim nie mam. Buuuu...

Czas by udać się łódką/promem na stały ląd. I właśnie wtedy zaczął padać deszcz, a łódki nie ma.
Driver wymyślił sobie, że nas nie było i wrócił do portu.
Telefon jednak zdziałał cuda i po nas wrócił.
Deszcz mnie zmoczył a w parze z pędem, gdyż łódka pędziłą na ile silnik pozwalał, więc deszcz zamiast padać na jej daszek, padał dokładnie na nas i zafundował mi dość bolesny masaż twarzy.
Dong Dong przy okazji straciła apaszkę, którą porwał wiatr...

Dość dużo tych negatywów...
Czas na żarcie uliczne i chilling! A więc przeszliśmy się nabrzeżem, zobaczyliśmy co lokalni rybacy wyciagnęli z morza i pochłanialiśmy.
Krwetki tygrysie tego dnia wybitnie mi smakowały, czego absulutnie nie mogę powiedzieć o RoYalku... blee i złe skojarzenia z przeszłości.

Tam zaciekawił mnie też kształt rozgotowanej rybiej głowy. Gdyby się przypatrzyć ryba ta mogła by być inspiracją dla rysowników zajmujących się projektowaniem chińskich smoków.

Nadszedł nowy, 3 już dzień, w który powitano nas śniadaniem na słodko (goferki z czekaladą i kawunia). Czas na męskie decyzje - tłuczemy się autobusami czy wynajmujemy furę?

Szybka kalkulacja pokazała, że nie ma się co szczypać. Wynajem drogi nie jest, paliwo jest meeeega tanie.
Za równowartość 50 ichniejczych pieniążków - wartych mniej-więcej tyle co PLN, zalaliśmy prawie pełen zbiornik i można było śmigać ile wlezie.
Pierwsze na trasie - Zoo. Tam obejrzeliśmy nieco naczelnych i bezczelnych, trochę trąbatych, rogatych i trochę tych co gdzieindziej są jadane (Jeżozwierz).
Potem około 3 godzinna trasa do Ranau, gdzie Jacek zarezerwował nam nocleg w w jakimś pensjonacie.

Po drodze papu w knajpie, sądząc po ubiorach, prowadzonej przez miejscowych Muzułmanów/Muzułman? Cóż, dania mało wyszukane. Ale bulionik do wysiorbania był całkiem dobry.
Niestety plasticzanowe miseczki, z wżartymi w nie już przyprawami tworzacymi brązowy osad, nie wyglądały dobrze.

Dojechaliśmy po zmroku w akompaniamencie „woooowww” (reakcja Chińczyków na gwiazdy na niebie), tym samym zaliczyłem przygodę pt. Jazda samochdem z „przeceny” po drogach z „przeceny”...

Coś się im kalka z projektami obróciła i mają kierownice nie po tej stronie co tzreba i wogóle wszyscy jeżdżą tam pod prąd jakoś.
I zamiast się naprawić - tak jak angole stosują lustrzane odbicie przepisów drogowych. :)
Ważne, że żyjemy a wypożyczony wehikuł wyszedł z tego bez szwanku. Można naszyć na mundurek nową sprawność - Uczetnik ruchu lewostronnego.

Dzień czwarty to poranne sprawdzanie co w okolicach rośnie jadalnego.
Znaleźliśmy banany, zrobiliśmy sekcję kwiatu bananowca, który jak się okazuje jest jadalny- robi sie z niego zupę.

Znaleźliśmy ananasa, kakaowca, papaję...
Później w planie była wycieczka piesza do dżungli w kierunku wodospadów.
Oczywiście nie ominął nas codzienny deszcz - w końcu to las deszczowy!
Po drodze oczy wyskakiwały mi z orbit, gdy napotykałem pokręcone drzewa, liany, wielkie mrówki i różne dziwactwa.
Wgramoliłem się także do jaskini nietoperzy, obiłem sobie tyłek o kamloty przy rzece (ślisko cholera), zbierałem jakieś dziwne owoce, i orzechy, z których znajomości potem przepytywałem tubylców.
Tak namierzyłem dziwnie małe, ale jadalne kasztany oraz nasiona drzewa kauczukowego.

A sama dzungla? Gdyby postawić w niej predatora, to z odległości 3m bym go nie zauważył.
Mimo to, znów mam wrażenie, że to jest naturalny dom człowieka, a nie jakaś tam zaśnieżona Europa. Zdaje się, że małpy są mądrzejsze od nas!

Najważniejszy jednak był wielki wodospad.
Rozczrowania nie było. Dla podziwiania takiego widoku przez 10 min, warto było przedzierać się przez strumienie, dżungle, błoto i skały na trasie około 3,5km w jedną stronę.
Woda tam lodowata, ale nie powstrzymało nas to przed wejściem do niej. Szybka sesja zdjęciowa, kilka łyków górskiej wody... I powrót. Byle zdążyć przed zmrokiem.
Bo przed deszczem ratunku już nie było.

Aby się rozgrzać zahaczyliśmy o miejscówę korzystającą z grących źródeł...
Wypluskaliśmy się, w wodzie zapachem przypominającej siarkowodór... dla zdrowia niby. Ps. Co ciekawe niektóre lokalne kobiety kąpią się w ubraniach i chustkach na głowie...
I dzień pochylił się ku upadkowi.

Pzred nami wieczór. Chińska ekipa zabrała się za gotowanie kolacji. Panie prowadzące pensjonat, za oglądanie telewizji, a Polacy – wiadomo - żeby nie przeszkadzać zainstalowali się nad szklaneczkami browarka.

Dzień 5 - w planie było nocowanie w dżungli z jakiś okolicznym bushmanem... ale pech chciał, że z pensjonatu zniknęły wszytkie ulotki z namiarami.
Pojawiła się alternatywa, by skoczyć do schroniska w jungli prowadzonego nieopodal przez jakiegoś angola i właśnie tam przenocować...

Jacek i Dong Dong się wykruszyli.
A bo popracować przy lapsie trzeba... A po zjedzeniu robaczywej papaji Dong Dong się źle poczuła.

My jednak idziemy. Zanim się rodzeństwo zebrało, na zegarze było już grubo po południu i po niedługim marszu oczywiście się rozpadało.
Więc jak pada, to przecież niezdrowo, i niebezpiecznie jest... Mistrz Kung-Fu namówił siostrę na powrót, a ja? Cóż... no jakoś tego dnia nie chciało mi się łazić samemu, tym badziej, że nazajutrz pobudkę musiałbym sobie urządzić o godzinie 5 rano.
Dzień kolejny był dniem powrotu do Kota Kinabalu i odlotu. A znająć mój talent, bym zaspał.
Pozatym szedłem na boso, bo chroniłem przed zmoczeniem ostatnie buty (a w dżungli nic nie schnie!) i przy przekraczaniu jednaj z rzek rozciąłem sobie paluch. Otwarta rana w błocie z gnijącymi liśćmi też nic dobrego nie wróżyła. Więc jakoś się nie upierałem, nie tupałem nóżką i nie strzelałem fochów, ale byłem rozczarowany.

Wpadliśmy jednak na pomysł, że nic innego niż grill w ten dzień robić się nie da.
Wskoczyliśmy do fury, zrobiliśmy drobne zakupy i zabraliśmy się za konsumpcję.

Punktem kulminacyjnym kolacji był świeży tuńczyk z grilla, którego robiłem po raz pierwszy w życiu.
Mistrzostwem świata okazała się też zupa rybna zaserwowana przez Brandy brata.
A kompletną klapą bakłażan, który sie spalił.

Po kolacji, nocny spacer z latarkami do płynącej nieopodal rzeki.
Po drodze ahy i ochy na widok gwiazd. Nie ma się co dziwić, Chińska część ekipy zdaje sie całe życie spędza w wielkich miastach, gdzie gwiazd raczej nie widać.

Jacek zajął się szukaniem życia w trawie i krzakach...
Mnie bardziej interesował staw rybny i ściganie w rzece małej, słodkowodnej krewetki o świecących na różowo oczach.
Najwieszą jednak niespodzianką było napotkani czarnej kobry.
Ta po chwili czmyhnęła w trawę i tyleśmy ją widzieli.
Nici z z sesji zdjęciowej z przytulaniem heheh...

Z rana zerwaliśmy się na równe nogi, śniadanie, pakowanie i odjazd. Samochód trzeba było odstawić do godziny 11.
I tak znów posiedziałem sobie za kółkiem.
Dzieci z tyłu poszły spać, a czas podróży z Jackeim wykorzystaliśmy na snucie planów na businessy.

Z uczuciem niedosytu spoglądałem też na mijany Mount Kinabalu ale wspinanie się nań było i poza naszym zasegiem czasowym i finansowym. „Bilety” tanie nie są, a górka to 4096 m.n.p.m i 2 dni wchodzenia. Może następnym razem? Hłe hłe...
Góra ta, to najwyższe wzniesienie w Archipelagu Malasjikm, najwyższy szczytm Malezji i Borneo... a dalej, to poczytajcie w Wikipedii  Szczególnei fajna jest historia o tym jak sikający turyści spowodowali trzęsienie ziemii. 

Wróciliśmy do Kota Kinabalu. Mając jeszcze kilka godzin do odlotu, poszliśmy do naszego kurnikowatego hostelu, wybłagaliśmu możliwość pozostawienia tam do wieczora bagażu i zagadaliśmy o podwózkę na lotnisko. Tam też poznaliśmy Damiana.

Ten 21 chłopak (Polak oczywiście) wykombinował, że 2-3 miesiace w roku pracuje w Norwegii przy renowacji domów. Po czym śmiga do Azji na pół roku i zajmuje się footbolowym free stylem.
Nie dane nam było jednak zbyt długo pogadać, on się spieszył na trening, a my wyskoczyliśmy na kolejną wysepkę...
...by sobie popływać...

No to pływamy.
W którymś momencie Brendy brat zaczął wykowywać jakieś dziwne ruchy.
Będąc obok zauważyłem, że wyciaga do mnie ręce pomogłem mu się wynurzyć na powierzchnię. Odkrztusza wodę.
Aby mu to ułatwić, wyrwałem mu z ust zdaje się zalaną wodą fajkę do nurkownia, której z nieznanej mi przyczyny sam się nie pozbył. Krztusi się dalej, panikuje i zaczyna na mnie wchodzić jak na drabinę... A ja pod wodę...
Sytuacja jest klarowna - chłopak się topi.
Oho! I jak się nie uwolnię z jego uścisku to zaraz obaj się utopimy!
Odepchąłem go pozwalając sobie na oddech i zarazem pozwalając by on się zanurzył pod powierzchnią. Naruralnie wpadł w wieksza panikę. Ręce z automatu wysawił ku górze, podciagnąłem go ku powierzchni by złapał haust powietrza i znów odepchnięcie. Nie ma co się kopać z koniem. (Przynajmniej jeden nas musi kontrolować sytuację z bezpiecznej pozycji.) A chłopak ma krzepę, więć lepiej, żeby się mnei nie uczpił.
Dalej się dusi i próbuje mnie złapać.
Nie ma żartów. Bez mojej pomocy, po każdym łyku powietrza idzie na dno jak kamień.
Po 3-4 próbach podciagnięcia go ponad powierzchnię i sprawdzeniu czy już normalnie łapie powietrze, czy dalej się dusi. Zagwizdałem i wezwałem pomoc ratownika, ewidentnie nie mam do czynienia z chwilowym zaksztuszeniem, tylko sytuacja jest krytyczna, a każda pomoc z zewątrz jest na wagę złota. Nie ma co się bawić w bohatera, Titanic też miał być niezatapialny...

Ratownik po chwili zawahania zareagował wskoczył na kajak. Ja pod wodę, wyciagam chłopaka na powierchnię, ten wydobył z siebie "heeeelp" i po kilkunastu sekundach pojawił się w zasięgu ręki kajak, którego można się było uczepić.
Chłopak się uspokoił odkrzusił co miał do odkrztuszenia. Koniec akcji.
Z ulgą dopłynąłem do brzegu, niedoszły topielec wraz z ratownikiem za mną, na kajaku...
To dobra przestroga dla wszystkich tych, którym się wydaje że potrafią pływać. Z wodą nie ma żartów, szczególnie jak fala zaleje Ci rurkę do oddychania i nie wiesz co z tym zrobić.
Chłopak najadł się strachu i napił słonej wody. Doświadczenie zaliczone.
A ja sam sobie po raz kolejny udowodniłem, że jakoś nie ulegam emocjim w takich sytuacjach. Trzeźwe myślenie i zero adrenaliny. Choć potem pojawił się moralniak, że chłopaka odpychałem a on liczył na pomoc. Może tym pogorszyłem jego stan. No ale inaczej nie można było. Nie jestem u-boot'em, sam też muszę oddychać, a jak mnie wciagał pod wodę, to troszkę słabo mi to szło...

Gdyby nie asysta drugiej osoby uzbrojonej w kajak finał tej przygody mógłby być nieprzyjemny, pomimo tego, że kaaaaaaawał czasu temu zrobiłem kurs ratownika. Teoria pod czapką jest, i przydała się w życiu już kilka razy ale gdyby sytuacja się potoczyła dalej, czy praktyczne jej zastosowanie w moim wykonaniu okazałoby się skuteczne? Ciężko stwierdzić, bo brak praktyki. Pływam nadal nieźle, ale czy równie dobrze pływałbym z uczepionym do siebie ~70 kg balastem?

Także przekonałem się również, że umiejętność głośnego gwizdania może uratować komuś życie, całkiem możliwe, że również mówimy o moim. Gdybyśmy byli sami musiałbym w końcu go złapać i odcholować do brzegu.
Pytanie czy "bezpiecznie" (dla mnie) - nieprzytomnego, czy, "ryzykancko" - szarpiącego się?
I właśie dlatego niemal zawsze (szczególnie na dłuższych dystansach) pływam samemu. Do zera zniejszam ryzyko, że ktoś mnie utopi, jak również, że to ja utopię kogoś. Prosta matematyka.

Ale to nie koniec przygód.
Po drodze z wyspy nasza łódź została przechwycona przez patrol jakichś mundurowcyh. Rozejrzałem się po pasażerach... żadnego groźnego terrorysty na pokładzie nie widać. Pewnie sprawdzali jakieś papierzyska przewoźników, błahostka...
Ale ile razy Cię na morzu zatrzymano?

Ale i to nadal nie koniec moich przygód. Dolecieliśmy do Shenzhen, dojechałem do domu, na zegarze 3 w nocy a drzwi od mieszkania nie chcą się otworzyć.
W portierni nikogo nie ma...
I co teraz? Hamak z plecaka i spanie na tarasie?
A jaaak? :) Hamak z jednej strony o płot, z drugiej... a z drugiej... kurcze...nie ma o co!
Znalazłem drabinę malarską. Nie zdała egzamiu. Przy obciążeniu hamaka zaczęła się przesuwać.

Nooo, to o klamkę drzwi...? Daleko!
Luzy i tyłem na betonie... regulacja wysokości, test z obciążeniem - trach. Złamał się płot. Chińska jakość!!!

Ręce opadły, plan przestał istnieć.
Więc 6 godzin, do otwarcia portierni kwitłem na klatce schodowej przysypiając na schodach.
Laski z portierni zapomniały mnie poinformować, iż każego miesiąca do 5go, należy do nich się przejść z elektronicznym kluczem, gdyż z powodów "bezpieczeństwa" zmianie ulega kod zamka, który należy wprowadzić do klucza.

Zatem zrobiłem im wykład na bazie tej jakże wyjątkowej, acz możliwej do powtórzenia sytuacji, że ktoś podobnie jak ja będzie nieobecny między 1szym a 5tym, i że wróci do domu poza godzinami urzędowania portierni.
Ale dla lasek sytuacja jest tak abstrakcyjna, że nie ogarnęły o co chodzi w tej historyjce i nie rozumieją istoty problemu.

Przecież to zwykła procedura - dla bezpieczeństwa.
I masz babo naleśnik!


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed