Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach Polak na Filipinach

Płachta biwakowa, hamak z moskitierą, tochę linek, menażka, latarka, multitool, kubeczek, pasta, szczoteczka, kąpielówki i skarpety... cóż więcej trzeba do szczęścia w raju prócz biletów za psi grosz?

No może przydał by się plan na wycieczkę "last minute". Ale na plan zabrakło już miejsca w plecaku :)

Tak więc spakowany, z pełnymi kieszeniami nadzei na przygodę, pojechałem na lotnisko w Hong Kongu... i po drodze zaznałem radości, gdy w autobusie, tuż przy kolanie znalazłem dwa gniazda USB, by podładować telefony.
W końcu jadę na bezludną wyspę, więc doładowanie bateryjki jest na wagę złota!

Wiedziałem, że lotnisko w HK jest wielkie, że wato mieć zapas czasu, ale tego dnia chyba przesadziłem i byłem na miejscu jak gość z planety "za wczśnie" - o zaledwie 5, czy 6 godzin!
Głównie dlatego, że jako zaspana persona z sameo rana, zapomniałem że chciałem się przejść po centrum, a włączył mi się "autopilot" i się łocknąłem dopiero na lotnisku, gdzie z "roztwartą giembą" spojrzałem na zegar.

Nooo dobra. To się chociaż kimnę - pomślał - i jak pomyślał tak uczynił.
No ale ile można spać?

Zleciało jednak jak z bicza strzelił. Dalej odprawa - i choć byłem poniekąd na to przygotowany, to usłyszawszy słowa, że muszę się spieszyć (mając 1,5 godziny do odlotu), no słowa te zmrozimy mi krew w żyłach, zwększyły dostawę tlenu do łydek, a międy półkulami mózgowymi świecił się neon "Run Forrest, run!"

Lotniskowe metro, autobus (gdzie moje buty w najmodniejszym kamuflażu sezonu "real tree" wzbudziły zainteresowanie...) i byłem w samolocie w drodze do Manili.

Tam oczekiwanie na kolejny samolot, który kursuje co 12 miesięcy... dopuszczalne spóźnienie pół roku.
Taki urok tanich biletów ;)

Oczywiście Azja nie była by Azją, gdyby ktoś mnie nie zaczepił by cyknąć sobie ze mną fotę...
Oczywiście Chińczyk!

Tym razem chłopak był sprytny, bo najpierw gorączkowo, mową ciała, namówił mnie bym zjadł jego porcję podniebnej paszy dla ludzi... (tu filipińskie linie lotnicze muszą się jeszcze dużo nauczyć) a w chwilę potem wyciągnął swojego złotego "Ajfona".
Jak już się tak zaprzyjaźniliśmy, to trzeba było spić piwko. Dla zainteresowanych - rewelacyjne - szukajcie w sklepach...
Wada: da się wypić tylko jedno. Potem ciekawy smak zaczyna być nieco uciążliwy.

Z Manili doleciałem na wyspę Cebu...i tu szlag trafił pomysł nr1. Bujnąć się stopem na jej południowy kraniec i z tamtąd promem przeskoczyć na Siquijor.

Nastraszono mnie że prom płynie tylko raz dziennie. A wyspa okazała się być większa niż na monitorze.

Nie kombinująć kupiłem karnet na przedłużoną wycieczkę promem z wyspy Cebu przez Tagbilaran na Siquijor. Coś mi podpowiada, że szybciej bym na Marsa doleciał, ale znów... "Tania opcja" - kosztem czasu.

Za to na wypasie, bo z klimą!

Taką, że w tropikalnym raju musiałem założyć długi rękaw, dopiąć do spodni nogawki i z plecaka wyciągnąć polarowy koc... a i tak czułem się jakbym był w lodówce.
Prom miał zepsutą kimę. Dawała na maxa i nie dało się jej wyłączyć.
Na szczęście nie nabawiłem się kataru, anginy czy jakiejś innej gruźlicy...

I w końcu!
Wyspa Siquijor zachwalana przez Damiana z bloga "Ucieczka do Raju".
To plan nr2. Obczaić u Polaka na Filipinach... tambylca, co wie, co tam w trawie piszczy i niech mnie skieruje na jedną z tysiaca bezludnych filipińskich wysp.

Wyszedłem na przystań, a tu niespodziewanka. Podszedłdo mnie jakiś ktoś i się pyta czy jestem z Polski? Bo może mnie podrzucić do Damiana. Przedstawił się jako Aipee.
Oho! - pomyslałem. Giemba widocznie wyraźnie kartoflana, zostałem zdemaskowany!

O.K. Mówię - Jedziem... który diliżns Twój?
Zaproponwał mi jednak wynajem skutera.

Dobry businessman, wie czego klient potrzebuje, a argumenty, choć niepotrzebne i przez to zrozumiałe, zdwoiły moją chęć sięgnięcia do kieszeni.
Zadał mi jednak ciężką zagadkę:
"Do którego domu Damiana jedziemy? Tego bliżej, czy tego dalej?"

I skąd ja chłopaku mam wiedzieć? Damianowi się zaanonsowałem, ale nie uprzedził mnie o konieczności podejmowania takich wiekopomych decyzji.

W drodze przegrzewania zawartości czaszki, wykombinowałem, iż najlepiej będzie, gdy on sam podejmie decyzję w oparciu o moją sugestię: "Pędźmy tam, gdzie jak sądzisz jest większa szansa że będzie Damian."

No i wywiózł mnie w pole... między fermami walecznych kogutów, sklepami z dykty, i bananowcami.
Trafiłem do niepozornego domku... gdzie wszedłem niepewnym krokiem.
Ujrzawszy jednak scenografię z filmików wspomnanego wcześniej bloga, czy też Vloga... odetchnąłem z ulgą, choć kolejna kartoflana giemba nie była Damianem...

Trafiłem! Jak się jednak okazało, nie do tego gospodarza.

Chłopaki na Filipinach zrobili jakieś roszady. I tak zostałem gościem Piotra.
Przybyłego na Filipiny całkiem niedawno adepta businessu turystycznego, który jakoś nie bardzo był skłonny podjąć się sprostania prostym zadaniom...

"A gdzie popływać?, a czy znasz jakąś wyspę, a masz łodź przecież... aha że pomalować trzeba... a pomóc? ...ah nie masz pędzla... Ale masz kajak... ah serial na kompie oglądasz... znaczy zajęty jesteś...?"

Wyraźnie nie podejmował tematów, co mnie dziwiło... w końcu teoretycznie ma żyć z turystów...

Więc po wieczorze na plaży, zajadaniu latajacych ryb z ryżem, zapijaniu tego tequillą przy akompaniamencie grającego na ukulele Alvin'a, w towarzystwie przypadkowych ludzików z sąsiedztwa, ciekawskich dzieci i dymiącego nam swoim ogniskiem rybaka... zacząłem się zastanawiać "co dalej?"
Więc jak tylko usłyszałem że Alvin idzie na koncert... zaświeciła się nad głową żarówka. Idę z Tobą!

Koncert słaby, klimat imprezy jak w remizie... więc właściwie usiedliśmy przed sklepem i rozkręciliśmy własną imrezę.
Samo wyjście na "miasto" pozwoliło mi poznać Michała i jego dziewczynę... przyplątał się jeszcze jakiś ich znajomy znacznie różniący się od tubylców...
Niemiec, o ile pamięć mnie nie myli... Pogadaliśmy, spilśmy piwko, rum i jakieś inne lokalne wynalazki... i pojechaliśmy spać.

Alvin obiecał, że rano skoczymy na skuterach na rundkę po wyspie. Więc nie jest źle!
 
Jednak rano (choć mieszka też u Piotra) Alvina w domu nie zastałem. Gdzieś wybył.
Wsiadłem na skuter, wlałem w niego 2 butelki coli (tak tutaj sprzedaje się benzynę) i zrobiłem samotną rundkę wokół wyspy, i w szerz i wzdłuż i w poprzeg, i pętelkami... byłem chyba wszędzie.

Zajrzałem do każdej zatoczki, zerknąłem na każdą plażę. Wlazłem do każdej jaskini (tam wąż chciał mnie zjeść) i wdrapałem się na każdy pagórek.

Nauczyłem się mutitoolem rozłupywać kokosy. Zwiedziłem też wodospady... i koło jedenego, gdzieś w dżungli, dnia kolejnego rozbiłem obóz na pierwszą noc biwakowania.
Za sąsiada miałem pająka wielkosci dłoni :)

Bezludnych wysp jednak na horyzoncie nie wypatrzyłem.

Jeszcze tego wieczora po powrocie do Piotra, zostałem zaproszony na kolację do lokalesów. Towarzyszył nam też jakis ktoś z Hiszpanii... 

Chłopak pracował w marketingu, ale jego firma dokonała fuzji z jakąś drugą firmą... i jeden dział marketingu poszedł w odstawkę.
Dostał roczną odprawę, do tego zasiłek i wymyślił, że w ten rok będzie jeździł po świecie...

Napotkane tego dnia ludziki nie były w stanie mi podpowiedzieć gdzie mam szukać swojej wyspy...

Zatem po radę udałem się do miejscowego rybaka o poważnie brzmiącym imieniu: Darwin.

- Wyspy? A i owszem, ładne plaże rafy... - skomentował.
- Ale to nie po tej stronie Filipin! Łódką nie da rady!

I kolejny plan prysł jak bańka mydlana. Szlag by to.
Darwin jednak ciągnął dalej.

- Jest taka zatoczka. Jest tam taka mała stara plantacja kokosów. Nikt tam nie mieszka. Dostęp albo ze skał, albo od morza. Nikogo tam nie ma. A gdyby padało to jest jaskinia. Można się schować.

Dryń, dryń! Zadzwoniło w mej głowie!

- Lecim tam chłopaku, którędy droga?
- Trafisz sam. - powiedział ze spokojem. - Tędyk, tysiąc mil wedle miedzy, przy krzyżu w prawo, po dwóch zdrowaśkach, za białym kamieniem pod górkę. Tam gdzie kulawa koza do drzewa dowiązaana, w lewo... niebieski kwiat i kolce... i tam właśnie o tam.

Nie wspomniał jednak że droga taka, że kapcia można złapać. Ale i na to była rada. Bo czujny obserwator polnej drogi wyskoczył i powiedział.

Zara... Panie, Kazmierza zadzwonim, łon naprawi...

I naprawił. Niestety fota nie wyszła. A było na czym skupić bulbus oculi!

Przewoźny warsztat wulkanizacyjny składał się ze starej dętki, nożycuff, imadła, zapalniczki i wórka wungla drzewnianego.
Takie widoki tylko na Filipinach! Zero kleju! I działa!

Po drodze, jeszcze szybkie zakupy w markecie, gdzie wodę pitną można zakupić z automatu na monety, wlewając ją do foliowych worków.
...bo nie wiem, za plasticzanowe butelki kaucję biorą, czy jak?

Tam na parkingu zagadał mnie kolejny pan,  Filip Inczyk... "Fajny kamuflarz"- i tak oto mam kolejneg przyjaciela... Emeryt, pracował w USA w kuchni przygotowując posiłki dla filipińskich linii lotniczych.
I już mam winowajcę, jeśli to on przygotowywał menu!

Gadu gadu, a w drogę trzeba.
No i dotarłem. Było tak jak mówił Darwin. Pusta miejcówa, kilka starych łodzi, kokosy na palmach, skały, krzaczory niebieska woda, fale...
Niestety zamiast piasku, na plaży, fragmenty korali i skały. Więc bez buciorów lepiej się tam było nie kręcić.

Pierwszej nocy nazbierałem drewna, wspiąłem się na palmę, samodzielnie nazrywałem kokosów. by wytestować rady "lokalesów".

"Do woli ale tylko z młodych, takich co nie chlupoczą jak potrząśniesz, jędrnych... takich bez miąższu w środku.
Od starych dostaniesz biegunki" :)

Więc chodziło o kokosy i ich mleczko, którego należy unikać. I faktycznie, wbrew temu co mówi Bear Grylls, po kilku dniach jazdy na kokosach, nie miałem żadnych przygód - delikatnie to nazwijmy - żołądkowcych.
Trzeba odróżniać wodę kokosową od mleczka i to cały trick!

Warto też dodać że smak wody kokosowej, z kokosówzebranych rano, i w połudnei czy wieczorem, jest różny!

Najlepiej mi smakowało z kokosów zebranych wczesnym rankiem. Bardziej ożeźwiająca, jakby wręcz lekko tonik przypominała w smaku.

Smak ten znikał po kilku godzinach dyndania na palmie i smażenia się kokosów na pełnym słońcu... 

Ale jak już jedziemy Bearem Gryllsem, to tu podzielmy historię na działy:

Shelter - spece od survivalu mówią, żeby szałasy budować... ale po co, jak ma się zadaszenie i hamak? - Głupki :) A jak jeszcze się to połączy z odnalezioną dnia kolejnego jaskinią... Szałas? A na co to kumy potrzebne?

Food - pełno wszędzie darmowego. Serca palm kusiły. Ryby małe można łapać rękoma - ale zupę by sie ugotowało. Ślimaków do woli... kokosów zatrzęsienie, banany - no trzeba by poczekać aż dojrzeją... za krabami trzeba by trochę pobiegać, albo jakąś pułapkę zbudować.
Bez problemu... Jednak nie zadałem sobie trudu.
Bo zapchany byłem kokosami, a same ślimaki i kraby wiem jak smakują, wiem że więcej z tym zabawy niż jedzenia... stąd wiem, że jadalne - więc to doświadczenie nie było mi szczególnie konieczne.
Uszły więc z życiem kreatury i paskudniki!

I tu się nie dziwię, że ludziom z takich obszarów geograficznych, że nie chce się pracować.
Jak ma t-shirt, gacie i klapki, to jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemii. Cholera - chciało by się powiedzieć "posiadacze raju". I tak, żeczywiście tu wielu żyje, z dnia na dzień, kupując fajki na sztuki i szampon w jednorazowych saszetkach. Na węgiel na zimęzapracować nie musi...
Żarcie znajdzie.
Jak przyfarci, to parę klapek morze mu na brzeg wyrzuci... (Znalazłem! - da się! Skórzane, całkiem niezłe i nawet mój rozmiar! Mam na video!)

Nie są przywiazani jakoś szczególnie do koncepcji posiadania.

Nie budują willi, zdaje się nie kupują ziemii... bo po co? Żeby kokosy sadzić, które dziko wszędzie rosną?
Bez sensu!

Chyba tylko my jesteśmy tak spaczeni, od oglądania Robin Hood'a w komunistycznej telewizji, gdzie sprzedawano nam koncepcję, że las należy do króla, i za polowanie z łukiem, w królewskim lesie, na królewską łanię, grozi obcięcie dłoni... a że kurde wszytko z woli boga, należało do króla... i że królowi za ziemie trzeba płacić daniny...

Kto te absurdy "cywilizacji" wymyślił?
Żeby człowiek, jako jedyny gatunek na ziemii, chcąc się najeść musiał mieć licencje na polowania, karty wędkarskie, czy akt własnosci ziemii by owoce zbierać...!?!

I na każdym kroku, jakiś ktoś, namaszczony przez aparat urzędniczo-mafilny musi zarabiać i ktoś od każdej takiej transakcji pobiera podatek!  Ku chwale ojczyzny?

Toż to spisek!
Spisują pomysły jak ograbić ludzi i ustawiają się przez ustawy.

A jak ktoś nie będzie posłuszny- to ustawi go (do pionu) policja... a jak nie to idziesz do klatki, bo jakiś przebieraniec w czarnej sukni, z orłem, którego trzyma na grubym łańcuchu, tak młotkiem przyklepie.

(swoją drogą przerażająca symbolika - czyż to nie orzeł powinien panować nad urzędasami i mieć ich na łańcuchu???)

Jesteśmy traktowani gorzej niż zwierzęta!

A przecież mama ziemia karmi nas na każdym kroku i od nkikogo podatków nie wymaga...

Taaa... zaraz znajdzie się czytający madrala co powie:

- "No ale ej, Ty stary, ej... jakby tak każdy z 38 mln Polaków chcał sobie rybóf łowić... "
- To kurde co? Przecież wszyscy jemy ryby i co? Zniknęły? A Filipińczyków jest 102 mln i jakoś ryb nie wyjedli z oceanu!
- No ale ocean jest duży i ryby przypływają...
- Ta banany pewno też i kokosy... dziko rosną na ograniczonym terenie... i jakoś nie wyginęły, i nikt do nikogo z dubeltówki nie strzela, że mu z działki kokos zniknął...

Durna dyskusja!

Zdaje się, że Filipińczyków nie udało się do końca tym skazić. Choć banki indoktrynują tych biedaków i plakatami z panienkami proponują kredty na domy i samochody. Jakby niewolnictwo było sposobem na szczęście!?!

Tym zakazanym owocem, chcą ich wypędzic z raju.

Moim rajem jednak zatrzęsło w posadach, gdy się zorientowałem, że zgubiłem jedyny nóż. I jak tu w raju bez kozika kokosy trzaskać, i żyć bez wody pitnej...???
Na szczęście wytropiłem skubańca śledząc ślady własnych stóp. Ocalenie! I uwaga udało się bez kredytu! :)

Życie na takim skrawku plaży niesie za sobą pewne niebezpieczeństwa...

Water - Brak słodkiej wody do picia. Ale radziłem sobie z kokosami. Znalazłem też alternatywne źródła. Np. ścinając bananowca mógłbym pić z jego pnia przez kilka dni. Niestety wyzbyłbym się bananów. (i tak były paskudne, niedojrzałe) Ale samych bananowców na plaży było zaledwie kilka, szkoda ich. Może dla lokalesów to jak chwast. Dla mnie jednak to egzotyczny bananowiec i nie wypada go maczetą, ot tak ścinać.MAczetąktórej nei miałem.
I jako, że nie było potrzeby to ich nie wycinałem.

Na plaży nie brakowało plastikowych butelek. Z nich mógłbym wykonać nie tylko pułapki na rybki i kraby, ale i coś w rodzaju destylatora napędzanego słonecznie. Ale skuteczność w zbieraniu wody byłaby słaba. Robiąć ich jednak kikadziesiąt (tak butelek serio nie brakowało) można by w teorii zdobyć odpowiednią ilość wody...chyba...

Miałem farta i w nocy padało. Nazbierałem zatem (raz) wody do menażki, kubka i rozwieszonego poncho.
Na kawkię i batkię stykło :)

Fire - Nic to jednak, jeśli nie ma drewna, by rozpalić ogień. Zdaje się, że po 3 nocce jedyną opcją były łupiny kokosów. I tu magia - nie płoną, a żarzą się... strasznie długo i w tempetarurze wystarczającej by zagotować wodę. Skutecznie też odganiają wszytko co lata! Prócz dronów, satelitów i samolotów.
Na komary jednak działa to znakomicie, żadne ufo też się nie pokazało, co jest dowodem na to, że ufoki są spokrewnine z komarami i w związku z czym w razie inwazji możemy się spodziewać najgorszego...

Niechcianego bzykania i wysysania krwi ;)

PS. Włókna z kokosa, to słaby pomysł jako rozpałka przy używaniu krzesiwa. Da się, ale łatwo nie jest.
Lepiej jednak mieć zapalniczkę i skorzystać z wyschniętego liścia palmy kokosowej. Marzenie każdego podpalacza!

Będąc tam zaledwie kilka dni, nie zdążyłem zgłodnieć a żelazną porcję w postaci puszki mielonki i grzybów w sosie pomiorowym jadłem na siłę, jako ostatnie śniadanie i było to najbadziej paskudne żarcie od wielu dni.
Ba, naharowałem się jak głupi, bo kaaaaaaaaawał drogi trzeba było zrobić by zebrać jakiekolwiek drewno, by to śniadanie sobie podgrzać

Nie zdążyłem zatęsknić za ludźmi... za to napatrzyłem się na piękne widoki, napływałem się w oceanie o krystalicznej niebieskiej wodzie pełnej koralowców, rozgwiazd i jeżowców, których chyba do przesady się bałem.
Ich kolce jeśli wbiją się w stopę, kruszą się, pozostają pod skórą na długie tygodnie i podobno jest to strasznie bolesne.
Zatem nastepnym razem, pewnym minimum będą porządne klapki.

Fajnie też było nie mieć zasięgu komórki i internetu.
Mniej fajnie - nie mieć kremu do opalania!

Nie pamiętam, bym kiedykowliek był tak brązowy, ale pamiętam, że już kiedyś skóra ze mnie tak schodziła jak obecnie.
Hmmm... dodatkowo, skóra - od długich i częstych kąpieli w oceanie (tak się domyślam)... na kilka dni zniknęły mi absolutnie wszystkie pryszcze!!!
Może ta przesadnie słona woda, je poprostu wytrawiła? Albo leczy? I może powinienem ją w małych fiolkach zacząć sprzedawać?

Każda przygoda jednak się kończy.
Po drodze znalazłem jeszcze ciekawe owoce/orzechy?
Nie wiedziałem czy jadalne - nie próbowałem.

Na podstawie zdjęć we wsi otrzymałem informację, że gorzkie jak cholera... nie truje, ale wywar, pozwala wyzbyć się niechcianej ciąży.

Ja, z braku takich potrzeb zadowoliłem się jednak butelką zimnej Coca Coli... (...we're all living in America), która swoją zawartością cukru i kofeiny dała mi mega kopa... i rozbudziła nieuzasadniony niczym głód, objawiający się uporczywą, natrętną myślą o hamburgerze...

Nie było jednak na to czasu. Pół wyspy musiałem przejechać. Zdać skuter, kupić bilet na jedyny tego dnia prom. Odsiedzieć w nim swoje podziwiając fale... i odczekać całą noc na lotnisku.

Czas ten chciałem sobie urozmaicić marszem po okolicach. Jednak na Cebu, w sąsiedztwie lotniska nie ma niczego.
Nie ma lokalnego żarcia, budy z hot-fog'ami.
Jest tylko baza filipińskich sił powietrznych, której rozmiar wskazuje, że mają jam jeden szybwiec i plakat ze śmigłowcem.
Jak się okazało rano śmigłowców było 7, 3 samoloty transportowe + jeden z flagami Hameryki... Mówię przecież - we're all living in America.

Cóż. Marzenie życia o bezludnej wyspie nadal pozostaje w sferze marzeń, nie zdążyłem się pobawic w prawdziwy survival, gdyż obfitość żarcia i skalny dach nad głową nie zmuszały mnie do żadych kombinacji, polowań i budowania tratwy by wrócić do cywilizacji.
(Do której i tak mi nie było spieszno)

Wieś na Filipinach, zdaje się być lepszym miejscem dla mnie niż zatłoczeone Chiny - to już wiem. :)
A żarcie mniej doprawione, ale z tej samej półki.
Właściwie to zastanawiam się czy jest sens mówić "chińska kuchnia". Sprawiedliwiej było by to nazwać "kuchnią azjatycką"...

Z utaconych chwil - żałuję, że nie ponurkowałem gdzieś z jakimś instruktrem. Żałuję, że byłem tak któtko... A Alvin nie chce grać reggae... No i szkoda, że nie udało mi się spotkać Damiana. Nie ukrywam, że jego blog odegrał sporą rolę w tym by ruszyć zad akurat tam, a nie do Indonezji. Ale patrząc prawdzie w oczy. Zamiast jeździć po wyspie, mogłem na chwilę do Damiana skoczyć... więc ew. palcem mogę wskazać na siebie, jako na winowajcę.

No ale na koniec miałem godzinę do odpłynięcia promu... i tę godzinę spedziłem pluskająć się na kompetnie pustej plaży... 50 metrów od portu.

Wycieczka była też szansą do przetestowania sprzętu przed kolejną wyprawą... 

Menażka nierdzewna dość szybko zardzewiała od używania w ognisku i mycia morską wodą.
Leatherman jak dostał wody z oceanu, utracił sprężyny utrzymujące go w pozycji złożonej (pekły)... i również na nim pojawił się rdzawy nalot.

Nie podszedł mi też krój nowych mundurów BDU.
A dokładniej mówiąć kieszenie cargo.
Są mniejsze niż w mundurach "klasycznych" i jakiś kretyn wpadł na pomysł by w nich zastosować rzepy zamiast guzików.

Na codzień spoko. Ale jak od zawartości kieszeni zależy Twoje życie... To lepiej rzepy omijać szerokim łukiem.

Największą porażką jedak okazały się okulary przeciwsłoneczne. Same się zgubiły! :)

Survival w pełnym tego słowa znazeniu to to nie był, ale wyskoczyć na taką wycieczkę w nieznane, zupełnie samemu - przygoda fajna.
I przypomniała mi, coś o czym zdaje się zapomniałem na 20 lat. Przyjemność z jazdy motorem...
...no dobra skuterem piździkiem.  

Byłem blisko raju...


But I still haven't found, what I'm looking for...

 

Ku pamięci:
Wylot 1 Listopada.
Przybycie na Siquijor 2go Listopada.
Integracja 2-3 Listopada.
Wycieczka skuterem 3go Listopada.
Biwak 4-8 Listopada.
Prom powrotny 8go Listopada.
Powrót do Shenzhen 9go. Listopada.


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed