Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Zgodnie z ustalonym wcześniej planem, o godzinie 10:00 czekałem nieopodal stacji metra Pingzhou station.

Telefon: "Sorry Michael, our daughter... bla bla bla... we are going to be late..."

Więc nadarza się kolejna okazja, by pogapić się na przechodniów... i pracowników drobnych sklepów. W sumie to ludzie się tu ubierają dziwnie. Dresy i szpilki, krótkie spodenki i skórzane lakierki, plecaki noszą z przodu... kosmos.

Sklepy zamiatają co 5 min, nie zwracając kompletnie uwagi, że kurz wymiatają na przechodniów. Pierogi ulicznego sprzedawcy widać mają powodzenie, bo nawet luksusowe samochody się zatrzymują na ulicy i przebrane za ludzi sukcesu postacie przeskakują przez płot tylko po to by kupić worek pierożków i jakieś bułeczki z sezamem.

No ale przyjechali - moja kolej na wykonanie skoku Wałęsy. Wskakuję do samochodu i jedziemy... Oczywiście klima na full, a mnie już w gardle drapie.
Jedziemy i jedziemy, mijamy niezliczone wieżowce wciąż rozwijającego się miasta, które w zależności od źródła informacji liczy sobie 18, 20 lub 40 mln ludzi...

Mijamy też jakiś park rozrywki - mają tu kopię wieży Eifla :) Oczywiście pada propozycja by się tam kiedyś wybrać. Nie mówię nie...
W końcu dojechaliśmy do znanego mi już z puszczania latawców 8 lat temu, mającego - podejrzewam dziesiątki kilometrów parku z deptakiem wzdłuż morza.

Jest to jedno z popularniejszych tutaj miejsc by pojeździć rowerem, poskakać na deskorolce, pobujać się na hamaku, porzucać frisbie, rozpalić grilla, poleżeć na trawie ... no i można tak jeszcze długo wymieniać... ale nie można zapomnieć o najważniejszym. Przyjeżdża się tutaj również po to by trenować umiejętność parkowania!

Serio, szacun! Mąż Kathy zaparkował nie małą Hondę, przodem w miejscu w którym ja bym ledwo rower zmieścił! I zrobił to za pierwszym podejściem, bez żadnych korekt!

Na parkingu kilkoma ruchami składamy specjalnie przywieziony dla mnie rower, ale nie byle jaki!

Pozostała do rozwiązania jeszcze kwestia najmłodszej w towarzystwie Chinki: Czy jedzie na swoim rowerku, czy razem z rodzicami?
Po długich negocjacjach z tupaniem nóżką, ustalono rodzinną strategię przemierzenia kilkukilometrowej trasy:

No więc decyzja podjęta - tandem z siodełkiem dla dziecka... Młoda nie była zadowolona...

W każdym razie ruszyliśmy przed siebie zatłoczonym deptakiem, na którym nikt nie respektuje magicznej linii oddzielającej pas dla rowerów od pasa dla pieszych... O ile dla mnie omijanie przechodniów nie było problemem o tyle tym rowero-busem długim na kilka metrów, moim kompanom ciężko było manewrować.

W końcu dojechaliśmy do większego trawnika, krótki odpoczynek, spicie mleczka kokosowego... no i oczywiście moja biała facjata szybko zaczęła wzbudzać zainteresowanie. Znaleźli się chętni do wspólnych zdjęć, znaleźli się rozdawacze wizytówek chętni do zrobienia międzynarodowego interesu...

Żeby tylko ktoś z nich odrobinę po angielsku gadał :P

Czas w drogę.. kilka zakrętów dalej znajduje się most łączący Chinlandię, z Hong Kong'iem. I to miał być półmetek naszej wycieczki.

Droga powrotna minęła jakoś szybko i tu pojawiły się moje kolejne spostrzeżenia dot. Chin:
Ciepło, wilgotno, mnóstwo wody, mnóstwo żarcia na ulicach, a jakoś nie ma tu much, komarów, karaluchów... czasem gdzieś koło śmietnika przebiegnie mysz, czy szczur... psy i koty jakoś nie rzucają się w oczy... czasem tyko gdzieś przeleci jakiś motyl... ciekawe...

Gdy dotarliśmy już do zatłoczonej wypożyczalni rowerów nastał czas na bunt 7 latka... "ja chcę sama na rowerze!"
Tak więc głodni i zmęczeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Rodzice piechotą a ja i młoda na rowerach... (ktoś ją musiał gonić).

Po kilku kilometrach nastąpiła zmiana - w sumie dupsko mnie bolało od za małego roweru, więc teraz tatuś może się wykazać, a Kathy w końcu miała okazję, żeby ze mną trochę pogadać.

Rodzina jednak nie dała jej za wiele czasu, gdyż po paru minutach spaceru ich dogoniliśmy i "uncle Michael" miał okazje się znów wykazać.
Apteczka w plecaku to jednak dobry pomysł, a plaster na zadrapanej nóżce potrafi poprawić nastrój. Tak zakończyliśmy przygodę z rowerami, a odgłosy z brzuchów popchnęły nas szybkimi krokami w stronę parkingu...

...znów kilka km przez miasto, znów klima, znów kichanie i drapanie w gardle. Zjeżdżamy z ulicy na chodnik (tak się tutaj dojeżdża na parking) i bum! Widzę jak jakaś kobieta popchnięta przez maskę samochodu znika pod nim gdzieś w okolicach prawego przedniego koła!

Wyskoczyliśmy zobaczyć co się stało. Mąż Kathy na chwilę zrobił się na twarzy bledszy ode mnie.
Na szczęście prędkość była niewielka i skończyło się na podrapanych kolanach. Nie mniej zdarzenie wzbudziło zainteresowanie tłumu.
Szybka decyzja - my zostajemy, a kierowca zapakował do samochodu potrąconą kobietę i pędem do szpitala (tak na wszelki wypadek).

A my do małej knajpki na makaronik, który pochłonęliśmy w zupełnym milczeniu, przerywanym głośnym siorbaniem małej.

Z racji na grobową atmosferę i brak transportu do kolejnych miejsc, ruszyliśmy w stronę jakiegoś miejsca gdzie przekazaliśmy głośno pochłaniającą makaron Chineczkę babci (czas na lekcję pianina) a sami poszliśmy poszukać banku (skończyły mi się RMB) i zostałem odprowadzony do metra.

I to tyle na dzisiaj - czekam na wiadomości ze szpitala.

Ps. Bez paszportu nie wymienisz waluty! Na szczęście miałem przy sobie!


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed