Polak w Chinach

...czyli jak się żyje w Shenzhen?

Polak w ChinachPolak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Polak w Chinach Wieczór postanowiliśmy spędzić w centrum, które fajnie wygląda tylko przez szybę autobusu.
Gdy weszliśmy w boczne uliczki, Chiny pokazały zupełnie inne oblicze. Brudne, zaniedbane i przeznaczone do wyburzenia.

Ceny nieruchomości galopują, więc nie brakuje deweloperów skłonnych by za grube miliony kupić stare bloki, by je zburzyć i w ich miejsce stawiać nowe dzielnice.
Tak właśnie się dzieje w okolicach stacji Da Xin, gdzie mieszka obecnie Thomas.
A my mieliśmy dzięki temu okazję zobaczyć jak wygląda przeprowadzka w warunkach chińskich. Serial sąsiedzi sam się pojawiał przed oczami, gdy patrzyłem jak wyposażenie mieszkań pracowniczych ląduje na małym trójkołowym wehikule, który załadowano gratami do wysokości pierwszego piętra.

Okolica podła ale tania (nie dotyczy cen nieruchomości), co przekłada się na ceny żywności. Tanie owoce i warzywa, oraz tani grill - a ten był celem naszej wycieczki.

Do biesiady dołączyli się również Jacky i Martin...
Podczas grilla pojawiły się pogaduchy, z których wynika, że Chińczycy podobnie jak Polacy, są ekspertami w dziedzinie prawa, polityki i medycyny...
Czyli na pytanie "Dokąd się udać w sprawie diagnozy, czy leczenia alergii?" - otrzymaliśmy wykład na temat testów, powodów, postawiono diagnozę i udzielono rady żeby nie iść do lekarza i liczyć się dietą i pić dużo herbaty.

Nie chcąc brnąć w to dalej zmieniliśmy temat na fryzjera. Zatem zostaliśmy zapoznani z okolicznymi kramami, gabinetami stomatologicznymi i dotarliśmy na miejsce.
Była godzina niemal 22ga a kolejka wymagająca czekania, więc zostaliśmy zaproszenie do Thomasa do domu.

Jakby to delikatnie ująć?

Mieszkania jak kurniki, tudzież klatki dla kur. Ciasne, baaaardzo minimalistyczne, z okna widok na sąsiada. A budynki w odległości od siebie takiej, że można by z sąsiadem z bloku obok sobie wódeczki polewać... a z sąsiadką... (gdyby nie to, że pralka zajmowała 1/3 balkonu).
Czynsze jednak wysokie, do tego stopnia, że np. pani fryzjerka mieszka z mężem w swoim zakładzie. Tak sobie ludzie tutaj radzą.

Łączna powierzchnia lokalu ~30, może 35m2. W tym łazienka, gabinecik kosmetyczny, zakładzik fryzjerski, biuro z komputerem, a nad częścią tego antresolka z łóżkiem dla 2 osób. Kuchni brak - bo przecież za drzwiami 100 knajpek.Jednak nie zabrakło miejsca na lodówkę z lodami dla grzecznych, małoletnich klientów, oraz ducha przyciągającego pieniądze.

Na nas zadziałał!

Zainwestowałem w mycie i strzyżenie syna, skrócenie żony i podgolenie mojej czaszki.
Łączny kosz usług 40RMB i lód z fasoli gratis :)

Po tym wieczorze, zgodnie stwierdziliśmy, że nasza dzielnica to raj a mieszkanie jest pałacem.
Jednak na zakupy i do fryzjera - warto tam wpadać.


Wszelkie prawa zastrzeżone


DSGN: Ronsed